środa, 7 kwietnia 2021

od snu do snu

I łatwiej bywa samemu. Nie martwisz się, czy zrobisz coś nie tak. Czy coś nie tak powiesz. Nie musisz rezygnować z siebie. Łatwiej tak czasem. Dopóki nie przychodzą te lęki nienazwane, pustki i inne demony. Dopóki nie odliczysz sobie czasu. 

I człowiek żałuje, że zaczął o tym myśleć. No, już trudno. Trzeba się zmierzyć z końcem. Może kiedyś się uda zaakceptować. Póki co wyzwala on potrzebę napisania, powiedzenia. Żeby tak całkiem wszystko przypadkiem nie zniknęło.

Już lepiej. Wystarczy. Serce tak czy siak zawsze na widoku. Nie trzeba wszystkiego od razu mówić. Wystarczy wyrazić, że jest. Że się jest. I że się jeszcze być chce - miast znikać w czarnej otchłani.


a raczej - płynie

No i tak to jakoś jest, że myśli się nie chcą skończyć, zwłaszcza przed snem. Tak to jakoś jest, że...

Nie ubieram ich w słowa. Wolę nagie.

Ciągle w zasadzie je snuję - rozkminy. Czego się boję, to nie teraz, nie tu. A to, co w tym błękitnym wymiarze z ławką, to tylko tam. What happens in dreams stays in dreams... Babcia i dziadek na przykład. Ich surrealne opowieści. Nasze rozmowy. Dużo się zmieniło we mnie. Wiesz. Myślę już trochę inaczej. Nie idę ślepo za tłumem. Nie lubię tłumów. Brakuje mi człowieka. Choć mam dziesiątki tych najmłodszych na co dzień. Brakuje takiego do wymiany snów. Komu mam opowiadać o moim pierwszym domu, o oknie z jeziorem i łabędziem? Ludzie nie lubią abstrakcji, melancholii, powrotu do przeszłości zatrzaśniętej za wielkimi białymi drzwiami (wielkimi tylko wtedy, bo dziecko inaczej przecież pamięta). A ja kocham taki właśnie - niespodziewany dotyk mgły o poranku. Mgły, za którą to wszystko zostało. Nie muszę o tym myśleć, to chyba najlepsze, że to okno samo przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. W niezwykłej ramie - bo takiej bez ograniczeń.

Od snu do snu.

I niech tak będzie.