sobota, 16 maja 2020

Rachunek s(tł)umienia

Czasem nienawidzę. Być kobietą. Bo...
1. Składam się z emocji (i zmian hormonalnych). 
2. Nie interesują mnie mężczyźni.
3. Nie lubię chamstwa i szowinizmu.
4. Nie chcę brać udziału w konkursie osiągnięć, ciąż, idealnych kur domowych, bo: patrz pkt. 2. i 3. I nikt nie potrafi tak dowalić kobiecie, jak kobieta. 
5. Ciężko jest być tym, kim jestem, w takim kraju i w "tradycyjnej" rodzinie, skoro: 1,2,3,4. 
6. Pkt. 2. A oni ciągle każą mi się nauczyć, chcieć. Nie. 
7. Nawet się do tego wszystkiego nadaję. Mam nawet dużo ciepła w sobie. Ale nie w takiej konfiguracji. Nie wśród ludzi, którzy potrafią jedynie rozmawiać o niczym ważnym. Nie o tym, co się dzieje wokół nas, w naszym kraju. Że Polacy nie mają za grosz tolerancji i są z tego dumni. Że jedyna kobieta startująca w wyborach zrezygnowała. Że w ogóle to nie ma już tu miejsca ani atmosfery dla marzeń, wolności. Że kredyt z tyłu głowy na wieczność. Lubią za to rozmawiać o pierdołach, których do grobu, nieba nie zabierzesz. Które nawet tu na ziemi są mało istotne. O tzw. życiu sąsiada. O tym, że na wieczór pełen atrakcji o imieniu wódka - ten tego nie zaprosił, a ten tego tak, więc jak tak w ogóle można. Że chrzciny mają być duże i hucznie opijane. (A może by tak dać temu dziecku wybór? Wiara to nie impreza... Nie przyzwyczajenia ani tradycja. Religia to wmawianie ludziom piekła. To coś, czego istnienie można łatwo zanegować... i co może nas skrzywdzić. Zwłaszcza, kiedy wiara=religia.) I jeszcze o tym, że ktoś z kimś nie śpi w jednym łóżku. Że żyje razem ale osobno. I się z tego śmiać. Godzinami. 
8. Staram się jednak lubić siebie, nie być smutna (co brzmi co najmniej śmiesznie w obliczu tego wszystkiego), szukać plusów. Ale to coraz bardziej nie wygląda kolorowo. Choćbym usilnie, bez przerwy próbowała te kolory nadać - musiałabym uzupełniać farby do końca świata i jeszcze by mi się oberwało za tęczę. A to przecież takie piękne zjawisko... Niestety zrujnowane przez wojnę pod tytułem miłość. Miłość... jako ósmy grzech.

piątek, 15 maja 2020

ławka. sen drugi

chcesz usiąść na ławce
jest niebieska
dobrze
siedzimy

tobie jest zimno
ja muszę już iść
zdążyć na samolot
zanim odleci

mówię
zostawię ci koc
będę miała pretekst
żeby wrócić

milczysz
coś się zapala w twoich oczach
potem się dziwisz
że uciekam

nie dziw się
muszę choć nie chcę
muszę się obudzić

to tylko sen
sny po to są
żeby łudzić.

sieć


poniedziałek, 11 maja 2020

Nie mam

Nie mam kontroli. Nad wszystkim, co się dzieje, nad wieloma rzeczami.  

And that's ok.

*

Co, kiedy życie nam powszednieje, dołuje, umyka?

Niektórzy muszą iść na cmentarz, żeby poczuć, że naprawdę żyją. Może sama tak kiedyś robiłam. Można usłyszeć siebie. Można się wyciszyć. Albo po prostu - być. W końcu jednak zaczynasz unikać tej atmosfery, z tyłu głowy liczyć pozostałe potencjalne lata. Tak to chyba działa, w świadomości człowieka w tym bądź innym momencie pojawia się ta myśl. Dla niektórych śmieszne, bo jak się jest młodym, to przecież całe życie przed tobą... Ściślej mówiąc - jakaś jedna trzecia za tobą, statystycznie. Czasem więcej. Czasem mniej. A, że może właśnie mniej albo że to i tak mało - takie myśli potrafią uwięzić nawet największego optymistę. Do czasu przecież nic nie możemy mieć. On po prostu płynie, ludzie żyją podobnie, w sensie: podstawowe potrzeby się nie zmieniają. I to dociera do człowieka na kilka sposobów, jednym z nich może być to, że zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz, ile razy jeszcze spożyjesz ulubioną potrawę, założysz ulubione ciuchy, zobaczysz ulubionego człowieka. Może nawet wcale. Zaczynasz więc trzymać się kurczowo każdej chwili. Nie do końca zdrowe, ale przynajmniej doceniasz, nie chcesz zmarnować szansy. Niesie to za sobą różne konsekwencje, łatwo się na przykład zafiksować. Łatwo pogrążyć w smutku i czymś jeszcze. Albo stracić motywację - skoro wszystko płynie - co za różnica, czy ta kawa będzie ostatnia, skoro skończymy wszyscy i tak podobnie. I skoro nie ma wielkich przełomów jak w filmach.

Niektórzy wciąż dążą do bajkowych zwrotów akcji...

Można też zaakceptować to, że jest, co jest. Że nie jest idealnie, najczęściej nigdy nie będzie, a bajki to bajki. I to też okej. To chyba jeden z lepszych sposobów, taka afirmacja. Myśli o końcu będą powracać, ale w mniejszym natężeniu. Warunek jest taki, że trzeba to naprawdę poczuć i zrozumieć. Trochę więc jest tak, że masz świadomość, że co było, to nie wróci, ale to, co było, to zaprowadziło cię w tu i teraz, przynajmniej część z tego, no i taka jest ta kolej rzeczy. Nie zapanujemy nad wszystkim. Ważne, żeby wszystko nie zapanowało nad nami. Nie wszystko musi coś znaczyć. Choć lepiej, żeby to, co wysyłamy w świat - jednak znaczyło.

To trudniejsze, niż by się wydawało...

Czasem jest mi smutno, bo nie wiem, gdzie jest mój wielki cel. Bo nie widzę sensu w każdej najmniejszej sprawie, widzę tylko w niektórych. Widzę piękne miłości w serialach, widzę pasje w ludziach. I to doprowadza mnie nierzadko do mojej własnej - szewskiej, bo chciałabym zawsze widzieć sens, no i całą resztę też bym chciała. Ale hej, gdyby każdy miał mieć największe na świecie powołanie, to nikt by go nie miał. Byłoby mdło. A przecież potrafię się odnaleźć. Wiem, co mnie śmieszy, co jest dla mnie ważne. Wiem mniej więcej, co mogę mieć, a czego nie mogę. Wiem, że przyszłość coś może dla mnie mieć. Samym zastanawianiem się nic nie zmienię.

 Głowa czy serce?

Niektórzy mylą zasady z uczuciami, emocjami. Ja teraz staram się rozpoznawać i jedno, i drugie. Słuchać też serca, kiedy krzyczy. Ma przecież prawo. Samym myślom, bowiem, nie do końca należy wierzyć. A wrażenia bywają mylne. Jedne pozostają na wieczność, inne mijają. W pewnym momencie warto też zaakceptować, że to, w co kazano nam wierzyć, w co chcemy wierzyć bądź nawet wierzymy, po prostu prawdą nie jest. 

And that's ok, too.

niedziela, 10 maja 2020

PS jeszcze nie ma bzów

A mogło być tak pięknie.

ciepło-zimno. zabawa zwana życiem

Dzisiaj jest inne, bo lekko duszne i przez to osamotnione. Dzisiaj wspominam panią I., która we mnie uwierzyła i dała siłę. Dała słowa, które mogę przytulić na całe życie. W zasadzie wtedy nie do końca to wiedziałam, było to jedynie miłe i niespodziewane. Choć potrzebne. Mogę więc odtwarzać je w głowie. Bo przecież nawet, jeśli wydawały się nad wyraz, to i tak pamiętam. Każde. Jedno. Wiem, że były z serca. Tak czuję. I to wystarczy.

Pani I. przypominała mi babcię U. Mogło się to przyczynić do trochę właściwie mistycznego odbioru jej osoby. Ale czy każdy człowiek napotkany w zwykłej, niewymagającej wiele pracy, potrafi pisać wiersze, mówić mądrze, z finezją o wspomnieniach, z dojrzałością o całej reszcie, o godzinie 7 rano? I nie, nie było to absolutnie w tonie osoby ''wszystkowiedzącej''. Wiem, że miała problemy ze snem. Czasem spała 3 godziny. Czasem mniej. Z tęsknoty. Ale mimo to była niczym matka chrzestna z bajki. Dla mnie. Kto zalazł jej za skórę, nie dostąpił tego zaszczytu. Kto nie chciał zobaczyć jej dobrej aury, tego strata. Żałuję, że jest teraz w odległym mi miejscu i czasie. 

Wspominam też inne osoby. Panią B. zawsze uśmiechniętą i kochaną. Jej dobre słowa i wycieczkę na rowerze po owocowe piwo. Prozaicznie śmieszne, ale ważne. Wspominam tę, która wzięła mnie pod swoje skrzydła, zupełnie jakbym nie była wcale małą, zagubioną dziewczynką, którą tak często się czułam. Jest to wspomnienie wartościowe, bo wiem, że nawet się nie zastanawiała. Zupełnie, jakby wcale nie widziała we mnie takiego dziecka. Zupełnie. Na szczęście obie lubimy sarkazm. Może to wystarczyło, żeby znaleźć nić porozumienia.

Jak to jest, że osoby starsze często nie lubią przebywać z młodszymi, zwłaszcza w roli koleżanki, kogoś, z kim można pogadać? Traktują je jak swego rodzaju balast. Nie chodzi tu o kompleks. Ta tendencja do poczucia wyższości jest stała, a może nawet się zaostrza, bo przecież my urodzeni w latach 90. jesteśmy tylko pokoleniem internetowym. Kto dziś nie jest? Babcie i dziadkowie... Poza tym - miliony osób w różnym wieku. Dostrzegam ją więc wszędzie i z tego, co widzę, to niestety jest w nas jakaś wrogość - w ludziach. Nie wiem, skąd się bierze. Czy jest zakorzeniona głęboko, czy wynika tylko z przyzwyczajenia. Przecież wszyscy wiemy, że wiek nie równa się dojrzałość. Wiemy?

Przepaść pokoleniowa z pewnością istnieje - ale to nie tylko to. Coś nam nie pozwala traktować serio osób, które 20,30,40 i więcej lat temu miałyby już rodziny i co najmniej dwójkę dzieci. Może właśnie to, że ich nie mamy? Może... Skoro list sprzed 60 lat jest nadal spójny z rozumowaniem mojej rodziny. Skoro taki jest klucz do klatki, żeby krok w krok iść ich śladami. Siostra babci wyszła za Stefana, ale zmarła młodo. On niedługo potem. A ich córkę wszyscy znielubili, bo postanowiła wyjechać do Stanów. Na szczęście się odnalazła i czasem rozmawiamy.

list do siostry mojej babci, strona 1.
Dziwny to klimat, w którym trzeba podążać drogą wytyczoną przez praprapra...dziadków. W którym nie wolno być po prostu sobą, bo łatwiej żyć w jeden, określony sposób. Dla mnie może nie łatwiej, ale wiem, że prościej można by zdobyć akceptację, poczucie stałości, czegoś mniej ulotnego niż statki na niebie. Coraz częściej nawet wśród rówieśników. O Szekspirze nikt niestety nie chce rozmawiać... A szkoda. Lubię sonety. Lubię też silne kobiety, postaci Lucy, Hecate, Jane czy Reginy. I coraz częściej lubię uciekać tam, gdzie nie potrzebuję odpowiedzi. Bo niektóre miejsca są po to, żeby milczeć. 

młodzi przecież nic nie wiedzą
nie potrafią samodzielnie myśleć
są do wyszkolenia
w sztuce zwanej życiem
nikt nie pyta ich o zdanie

wtorek, 5 maja 2020

Wonderful Li(f)e

Nie wiem, co pisać. Umiem jeszcze? Może to już koniec? A może nie, skoro nie zawsze jest dobrze w mojej głowie? 

Wpuszczam powietrze przez okno. Nabieram w płuca. It's a wonderful, wonderful life - śpiewa Katie. A ja myślę, dlaczego najpierw nie wierzę, potem do mnie dociera, a później nie chcę wierzyć. Że tak szybko można zniknąć z tego świata. Że głos już nie zabrzmi (może tylko w wyobraźni). Że przed chwilą mogło być tyle światła, siły, śmiechu, śpiewu. Życia. You know it feels unfair - replay, pierwsza zwrotka. Staram się jakoś to uporządkować. Pani Doktor mówi, że będzie dobrze.

Nie wiem nawet, na co czekam. Czy na koniec, czy na początek. Nie wiem, którego się bardziej bać. Ale nie przeszkadza mi to. Wiem, że życie to składanka wyborów. Te, których nie mogę podjąć, nie należą do mnie. To w zasadzie zrozumiałe, dlatego raczej wolę wierzyć w serię losowych przypadków - jako wykładnik ludzkiej egzystencji. Każdy ma to, co oswoił, eh? Zmniejsza mi się liczba pytań, a to dobrze działa na serce. Nie kłuje jak te wszystkie niewiadome - co będzie, czego nie będzie, czy każdym kolejnym wyborem unieszczęśliwię innych? Dać sobie pokój. To podstawa.

Lepiej zacząć od pytań, na które można odpowiedzieć. Jeśli już. Co zrobisz, jeśli będzie tak, a co, jeżeli tak? W ten sposób dochodzę do wniosku, że jak wybór, to taki, który nie każe żyć wbrew sobie. Może być nietrafiony, jasne. Ale nie da się żyć, wiedząc, że coś, co robię, w czym uczestniczę, jest tak bardzo sprzeczne z tym, co noszę w środku, czego nie pochwalam. Nie da się. Nawet, gdy ktoś, coś nakazuje. Albo może zwłaszcza wtedy.

Wiesz, czego boję się najbardziej? Tego, czego nie umiem wypowiedzieć. Ale skoro nie umiem wypowiedzieć, to może dlatego, że nie powinnam. Dobrze by było oswoić pewne odczucia. Pozwolić im odejść. Albo być, żeby odeszły bez przymusu. To o to w tym wszystkim chodzi. Może. Żeby się działo w swoim własnym tempie. Żeby nazywać rzeczy po imieniu. Normalnie. Po ludzku. Przeżyć żałobę po śmierci koleżanki. Strach. Utratę. Beznadzieję. Przeżyć miłość dużą i małą. I każdy dreszcz na samo wspomnienie.

Trzeba się oswoić z życiem. Trzeba stawić czoła temu, co nagminnie wraca. Co bez powodu obezwładnia. Nie można ciągle walczyć z pierdołami. Choć są na każdym kroku - there's magic everywhere. Będą, bo takie jest życie. Ale wiem już, że potrafię. Wiem, że jestem silna. Wcale nie potrzebuję przytulenia, by żyć. Potrzebuję tego powietrza, nocnego chłodu. Nic tak bardzo nie uzależnia. No, może...

niedziela, 3 maja 2020


In Memoriam

Nie wiem, gdzie teraz jesteś. Ani gdzie to zostawić. Właściwie chyba obojętnie, gdzie. Bo gdziekolwiek jesteś, Kochana... Gdziekolwiek może być Twoje miejsce.

Pamięci M.

Byłaś pełna życia. Taka radosna, pozytywnie zakręcona. Pamiętam, jak szłyśmy za rękę do sklepu, żeby się nie przewrócić, kiedy było tak cholernie ślisko zimą. Jak na lodowisku... Pamiętam, bo to było późnym wieczorem. Może nawet w nocy. Szłyśmy po jakąś pierdołę. Potem była pizza. Pamiętam Twój uśmiech. I że zawsze mnie zachęcałaś do zabawy. Miałaś w sobie światło. Nie rezygnowałaś z człowieka. Spodobała Ci się tamta poezja, którą tak kochałam.

Byłaś młodą kobietą. Został po Tobie nagłówek w gazecie. Ale wiedz, że nie tylko. Bo nasza pamięć - ona nie zginie. Będziemy pić na Twoją cześć. Będziemy widzieć Twoje światło na niebie. Dedykować Ci pierwszą gwiazdkę. Słuchać Twoich piosenek. I wiem, że dopóki będziesz w nas - nie odejdziesz. 

Mam ogromną nadzieję dzisiaj. Że gdziekolwiek jesteś, jest Ci dobrze. Że coś tam dalej jest. 

I obiecuję Ci, że nie będę smutna.