Poruszające czasem jest to, że ktoś czuje albo czuł coś, co ty czułaś albo czujesz. Taka kropla antidotum w morzu niezrozumienia. Taka naprawdę ważna kropla. Sieć opisuje ją jako studium samotności. Ale ty wiesz, że to w samotności właśnie człowiek zaczyna czuć obecność. I że to obecność trzeba nauczyć się rozumieć. Samotność jest tłem. Odwiecznym. Bladym. Cichym.
I czasem zbyt późno zaczynamy zauważać to, co wychodzi na jej powierzchnię. Na przykład, że kiedy ktoś napisze "I'm sorry", to że to list pożegnalny.
Tylko czyja to wina? I dlaczego coraz częściej ktoś chce za nas przeżyć życie? Dlaczego musimy wszystko zawdzięczać? Dlaczego ktoś zawsze wie lepiej, do której klatki pasujesz? I dlaczego mimo to nikt nie ma klucza?
Bo klucz jest w tobie. W środku. Bo zawsze szuka się winy, nigdy przyczyny, ukojenia. Jeszcze rzadziej zadośćuczynienia. Wybaczenie nie istnieje.
Tak czasem mam. Że wszystko się układa w jeden temat/schemat. I że w nocy to jakoś lepiej słychać.
Tak czasem mam. Czasem bolą mnie wszystkie puste miejsca. Urwane historie.
Ty chciałabyś mieć kogoś, do kogo mogłabyś w ten sposób pisać. Ja chciałabym móc taką poezję dostawać. Od serca. Ale tak naprawdę możemy liczyć jedynie na wymyślone pocałunki, na gwiazdy w wyobraźni i szereg dziwnych zdarzeń. Złudną nadzieję. Zgubną.
Los może mieć dla nas coś w zanadrzu, może też nie mieć zupełnie nic. Ty lubisz pamiętać ubrania, przymierzać je po paru latach i udawać, że czas można naciągnąć na szyję jak sweter. Że te nitki przeniosą cię na pola pełne chabrów i maków i będziesz mogła mieć dłonie brudne od jaskrów. Ja, choćbym chciała, to tak nie potrafię. Ubrania łączę z chwilami, a kiedy minie ich czas, nie umiem powrócić. Bez. Dlatego najlepiej czuję się w wytartych dżinsach, które noszę tylko po domu. Są lekkie i nie pozostawiają złudzeń. Ty, jeśli nie wiesz co ubrać, wkładasz koszulę. Bo kochasz tęsknić. Dla mnie tęsknota to przekleństwo. Jestem przez nią krucha i rozchwiana. Trochę zbyt często nieobecna.
Ale wiesz, mamy na wszystko czas. Na to wymyślanie nawet. Nie musimy się męczyć w bolesnych relacjach, paznokciach niedopasowanych do nocnej koszuli, naciąganych, udawanych, nie(prawdziwych tylko z pozoru)miłościach. Możemy uciekać do krainy z pudrowych cukierków. I tam się kochać. Z wyobraźnią. Do rana.
Podobno wszystko można. Zaplanować. Setki scenariuszy. Od A do końca świata. Nie wiem, co dalej. Dalej zdaje się, że będziemy tracić nerwy, że będziemy tracić, no i nic z tym nie można zrobić. Czego się spodziewać? Podobno można wszystkiego.
A ja nie planuję przyszłości, bo ten czas jakoś tak coraz szybciej i szybciej... Może trochę górnolotnie to zabrzmi, ale teraźniejszość to już dla mnie prezent. W zasadzie czemu nie? Oddycham. Wszystko płynie. Gra. A to, co będzie, to zagadka i nawet fajnie jest odkrywać... I być zaskakiwanym.
Marzenia? Takie najmniejsze codzienne rzeczy... Uśmiech drugiego człowieka, żeby zawsze był. I żeby miał znaczenie. Bo zwykły uśmiech ma czasem moc zbawczą. Tak samo jak każda cegiełka, kiedy pomagamy. I podobno 8 przytuleń dziennie czyni nas szczęśliwszymi. Gdyby każdy mógł te 8 przytuleń otrzymać. To byłoby coś...
Może więc mamy tak wiele pod ręką możliwości... Kogoś spotkać, zaczarować, uratować, potrzeba tylko małej iskierki, uśmiechu, początku.
I jak to mówią, wszystko jest po coś. Ale za wszystko, co z naszych dłoni, trzeba też wziąć odpowiedzialność. Zrozumieć. Zaakceptować. Dojrzeć do. Do tego dojrzewać.
Każda kłótnia, wada wrodzona albo nabyta, każda przestrzeń spowodowana brakiem tego jednego puzzla. Wszystko to sprawia, że człowiek poszukuje. Czegoś lepszego, utraconego, sensu w chaosie, czegokolwiek.
I nawet, jeśli powtarza się w kółko ten sam schemat, to trzeba zrozumieć, że taki jest świat. Że historie lubią się powtarzać. Że rodzina czasem zapomina zawołać cię do zdjęcia. Że trzeba mówić, kiedy ci przykro, kiedy ci zależy, kiedy nie masz nastroju. Bo zrobisz lżej sobie. Bo może świat wtedy spróbuje zrozumieć?
I może próbuję teraz posłodzić to, czego nie napiszę, ale mam nadzieję, że można jeszcze uratować człowieka. I że wystarczy do tego mieć serce. Że go nie zgubię. I że Ty też będziesz je mieć dla mnie. Kimkolwiek jesteś. Jeśli jesteś.
Wyobraź sobie, że idziesz przez centrum i widzisz ludzi. Każdy patrzy tak przenikająco. A ty masz obok siebie faceta, ale po prostu spędzasz czas. I tak nie umiesz nic więcej, przecież wiesz, że na samą myśl robi ci się niedobrze. Idziesz więc. Starasz się na tym nie skupiać. Nie ma sensu przecież kategoryzować... Tak myślisz. Ale świat jak widać nie. Bo ludzie zakładają więcej niż maski. Zakładają to, co jest wbrew tobie. Niby więc jesteś sobą, nie robisz nikomu krzywdy, ale co z tego? To i tak jakaś klatka. I zaczynasz się czuć dziwnie. Potem nagle masz wrażenie, że one wszystkie widzą, co jest w tobie. Że tak naprawdę wcale nie wolisz jego towarzystwa. Bo każdy od razu zakłada źle. Ale to jest tylko w tych spojrzeniach. Coś, co nie jest prawdą. Dla ciebie. Bo coś tu jest nie tak. I czasem nie wiesz, czy to tylko sen, czy to już się dzieje realnie.
Co ze sobą zrobić? Opierasz się wciąż tej klatce, domowej spowiedzi, życiu tak bardzo w ramach, a tak mało poza nimi... Ale jakoś nadal w niej tkwisz. Próbujesz rozmawiać, ale w odpowiedzi tylko słyszysz, jak bardzo ich zawodzisz tym wszystkim, co związane z twoim sercem, z twoim czuciem. Że musisz zmienić myślenie. Bestraight.Wyprostuj się. Zorientuj na to, co "właściwe". Zdajesz sobie sprawę. Że mają rację? Nie. Że jej nie mają. I to wcale nie jest dla ciebie zaskoczeniem. Po prostu wiesz już. Że kiedyś będziesz musiała odejść. W ten nowy etap. W wolność absolutną. Zaczynasz na to czekać.
Nawet się nie zastanawiasz, czy się do czegoś zmuszać. Nie będę się zmuszać - myślisz. Ani nikogo. To w ogóle strasznie nieludzkie - zmuszanie. Do kochania, do niekochania. Do niczego to jest i robi z człowiekiem dziwne rzeczy. I powinno być zabronione. Ale idąc dalej... Nie wybrałaś tego, jaka jesteś. A im dłużej z tym żyjesz, tym bardziej się przekonujesz. I kiedy masz stawać w obronie czegoś, to już nie umiesz rezygnować z siebie. Muszę siebie obronić. I ciebie, i to wszystko, co jest przecież niewinne. Bo jest prawdą.
Jeśli ktoś czegoś nie widzi albo źle widzi, to trudno. Najważniejsze, żeby człowiek sam wiedział, jakich ludzi ma obok. Pomimo - w zasadzie masz rację. Tylko zdaje się, że to nikogo nie obchodzi. W twoim domu. W tym miejscu, gdzie powinno być bezpiecznie.
Doskonale wiesz, że to nie jest łatwa droga. I chyba dlatego ją wybierasz. Bo masz już dosyć. Tego dogłębnego poczucia niezrozumienia. Bo wiesz, że w tej materii lepsze jutro nie nadejdzie. Będzie to inne jutro, to wypieranie, jak gdyby nigdy nic... To tylko czasem jest czymś, co pomaga przetrwać. To nie może być całe życie...
Walczysz, ale coraz bardziej już nie chcesz walczyć. Bo tworzy się łańcuch, który prowadzi do jednej historii... Tej twojej. Przeszłej, teraźniejszej, przyszłej. Nie potrzebujesz tego. Zaczynasz już sama widzieć, co jest dla ciebie najlepsze. Tylko gdybyś nie musiała być w tym sama... To by się przydało. Ale dopiero teraz wiesz, że cokolwiek ktoś powie, to nie zmienia tego, jaka jesteś. Jeszcze niedawno, jeszcze wczoraj, jedno słowo potrafiło cię złamać. Teraz często też złamie. Ale nie sprawi, że uwierzysz.
I myślisz: Może kiedyś się uda. Mieć nadzieję. I nie stracić.
Ale wiesz, że to może nigdy nie nadejść? Wiesz. Mimo wszystko wybierasz siebie. Bo nikt nie wie, co nadejdzie. Bo nikt nie ma całkowitej kontroli.
Ale nie będziesz skakać z mostu. Prosto. Wiesz, że to by wcale nie pomogło. Będziesz z mostu mówić. I wiesz... Ktoś w ciebie w końcu uwierzy. Ktoś cię w końcu usłyszy.
Kiedy Ona nie ma siły wstać z kolan. W kościele. Kiedy ze łzami w oczach jej pomagam. Kiedy Ona ze łzami w oczach zapala znicze na cmentarzu. Kiedy znów w ciszy sprzątam dom. Kiedy mocno mnie przytula. Kiedy nikt nie rozumie. Kiedy sama nie rozumiem swoich łez. A potem dociera. Że odliczam w złą stronę czas. Że już za nią tęsknię. Że w dniu, w którym odszedł, robiłam dokładnie to samo. W tym samym domu. Sama. I znów jest brak. Brak wszystkiego. Brak atmosfery. Brak ciepła na koniec dnia. Na dobranoc.
I trochę już nie wiem, jak to wszystko pozbierać. Mam dosyć przepraszania. Za swój własny ból. Nie przepraszam. Czuję. Nie wiem, czy mnie też wolno.
Bo większą wartość ma praca i obowiązki, niż szczęście i miłość. I choć będę się starać, to i tak regularnie wszystko będzie się pieprzyło. Tak już jest. I tak już chyba będzie.
Bardzo chciałam, żeby było dobrze. Znów chyba za.
I nie wiem, co gorsze... mieć nadzieję, czy nic nie mieć.
Myślę o całym świecie. O tym, co czuje. Ona, on, oni. Wszyscy. Że tam są i wracają może środkiem nocy. Płaczą. Śmieją się. Kłamią. Mogłabym skłamać...
Myślisz, że nie kłamie?
Ja myślę, że trochę musi.
Trochę trzeba kłamać, kiedy się kocha. Sobie, siebie i nie. Nie można tylko prawdą zabijać. Czas to pokazuje najlepiej. Albo najgorzej. Zależy.
Myślę, że kłamie.
Ten świat.
Każdy po trochu tam w środku. Kiedy wraca z imprezy nad ranem. I każdy wtedy trochę umiera.
Ktoś teraz. Setki dusz.
W tym momencie, teraz. W pustce. W braku dotyku. Następnego dnia udają, że wszystko dobrze...
I zastanawiam się. Po co? Albo... jak inaczej?
Gdzie jest to szczęście? Kto nam je odbiera? Jakoś nie wierzę, że my sami. Sami sobie... Nie wierzę w jedną drogę dla wszystkich. Trochę nie wierzę w świat. Że to się dzieje. Dawno, dawno temu tak nie było. Daleko, daleko stąd tak nie jest. Sami sobie. Szkodzimy? Dlaczego nikt nas nie uczy? Gdzie ci stróże... ? Niewidoczni. W tłumie. Boją się wybić. Boją. Nie chcą. Wiedzą, czym to się kończy. Że przepaścią.
Ja właśnie chyba w takiej jestem. Za dużo myślę o ludziach z osobna.To ten czas... Świąt. Dopiero się do nich przykładam. Powoli. Czas ucieka. Ucieka. Jak miłość. A może jak się coś poznało, to nic już nie wróci do stanu sprzed?
Czasem nic jest lepsze. Nie wiedzieć. Nie czuć. Nie być. Nie wiem, czy wolę nic od wszystkiego. Wszystko to za dużo... Nie potrafiłabym. Nie wiem, czy umiałabym być szczęśliwa. Mając wszystko. I wiedząc, że można to stracić.
Nie wiem, co mam. Tak naprawdę. On się boi. Że straci.
Ona się nie boi. Bo nie wie, co ma.
Ludzie, zdejmijcie już te maski. Bo nie mogę patrzeć. Bo nic nie widzę, kiedy każdy udaje. Że jest tak super. Nic nie jest super. Nie widzimy świata. Patrzymy, ale nie widzimy.
Nie wiemy.
Ktoś kłamie. Każdego dnia nam w twarz. A my tego nie widzimy.
Obudź się.
Przejmować się? Czy nie? A można nie? Przecież ktoś wczoraj nie wrócił do domu. Ktoś teraz szuka. Jeszcze sensu. Wiem, że każdy musi dojść sam. Poczuć. Czasem pustkę. Czasem coś więcej. Odnaleźć w tym zakłamanym... Czym? Trochę to reality-show, ale przecież zakładając słuchawki czujesz się jak w teledysku. Albo w filmie. Niemym. Dla niektórych naprawdę obcym. Życie to nie film, nie? Ani teatr, ani bajka. Ale tragedia... już tak?
Dlaczego nie walka, czucie, tylko akurat tragedia albo dramat... Nie wiem, co oni wszyscy czują. Wiem, że kiedyś bardziej płakałam. Teraz, jak się wzruszam, to one tak powoli ciekną. Ale jak się pomyśli, że ten świat jest inkubatorem dla masy zagubionych... To nabiera jakiejś takiej ważności. Nie patosu, wcale nie. Tylko ta świadomość, że ktoś mógł nie być przytulony miesiąc, rok, lata. Świat niby ma leczyć, ratować, radować... A co się dzieje naprawdę? Naprawdę ucinają swoje ścieżki dzieci... Tam po drugiej stronie (globu) to naprawdę dzieci... I to się jeszcze teraz dzieje. Nie potrafię zrozumieć sensu takiej krzywdy. Ani tej siły. Która powstaje na ruinach. W piwnicach, niedopałkach. Niedotykach. Złych dotykach.
Nie potrafię zrozumieć raka. I tego, że niektórzy mają takie smutne święta. Takie smutne...
Dasz radę, Aniołku.
Gdzie gromadzimy lęki?
Dokąd idziemy, kiedy zasypiamy?
Dlaczego nie można wszystkich uratować?
Kiedyś się dowiemy. Chciałabym, żeby tak było. Bo teraz to jest plątanina, spójność-niespójność. I tak w kółko. Smutny i piękny. Tak się zatacza. Tak się toczy świat.
Może te wszystkie lata to za dużo. Może coś czasem pęka. Żeby człowiek miał szansę spłacić dług. Dlatego nie śpicie dzisiaj razem. Dlatego ja też. Rozbita szukam w sobie serca. Dla człowieka. Nawet takiego, który psuje krew.
Który nie czeka.
Który nie czekasz.
Zmiłuj się.
Może nie wszystko można naprawić. Bo człowiek to dureń. Nie docenia istnienia. Całe życie uczy się kochać i w końcu nie ma już na to sił. Uczmy się chcieć bardziej. Ktoś musi. Inaczej zginiemy.
Czasem wypowiadanie rzeczy na głos jest oznaką słabości. Czasem pisanie. A w zasadzie to nie wiem, to jest wszystko trudne i myślę, że każdy może na swój własny sposób przeżywać radość, smutek, nicość. I dla każdego siła to coś innego.
Czasem to miłe, w zasadzie zawsze, kiedy słyszę, że nie muszę się bardziej starać, że tak wystarczy, że sama już coś potrafię, a dalej będzie już tylko rozwój.
Pozwól mi być sobą. Dzisiaj. Dzisiaj chcę się cieszyć na swój sposób. Na swój sposób marnować swoje młode lata. * Bo taka była pierwsza myśl. I może taka miała być...
Co się dzieje z człowiekiem, kiedy czuje się zraniony? I jak przestać? Dlaczego pani dziekan mówi, że ładnie piszę, dlaczego ona lubi tęczę, a ja z wami nadal nie potrafię rozmawiać?
Dlaczego mówicie, że nawet się nie staram, że jak się postaram, to wyjdzie mi schemat? Dlaczego to ja mam coś zmieniać, dlaczego mam zmienić myślenie? I dlaczego nie mówię o swoich lękach, tylko wolę się pochwalić... Skąd wiem, że łatwiej to przyjmiecie?
Wiecie, to jest ironia, bo ja nawet nigdy niczego nie spróbowałam. Sny się nie liczą. Życie to nie bajka. A ja tak bardzo je kocham i ciągle muszę to sobie powtarzać...
To nie jest na złość. Ani na siłę. Gdybym mogła coś zmienić, to nawet nie wiem, co. Bo po co naciągać, zaciągać... jak można się położyć w swoim własnym łóżku? W swoich własnych myślach, po nocach, ciepłych kocach. W zielonej pościeli.
Wczoraj przeczytałam pewien tekst, był o tym, że ktoś zrozumiał, że jest dorosły, kiedy obudził się w ledwie rozpoznawalnym łóżku (o sto lat za późno?), bez wsparcia, bez bliskich. A dalej była już tylko gonitwa...
Czego ja chcę? Na pewno chciałabym, żeby to było prostsze. Całe życie. Układanie dziwnych puzzli. Układanie słów. Chciałabym, żeby człowiek nie musiał zapominać, blokować, szukać na siłę powodu...
Chciałabym, żeby człowiek był. Żebyśmy mogli znowu porozmawiać w środku nocy. I żebyśmy mogły zatrzymać znów na chwilę czas.
I chciałabym, żeby to, co przede mną, żeby to tak bardzo nie przerażało. Bo kocham podróże, kocham piękne serca, ale ze mną jest jakoś inaczej, zawsze trochę pod górkę i tak dalej... choć wcale nie.
I chciałabym, żeby człowiek, którego znam od zawsze, spróbował to chociaż zrozumieć. Ale w te święta znów dostanę życzenia, żebym znalazła pod choinką chłopaka. Weźcie ich wszystkich. Trochę się przez ostatnie lata nazbierało. Niech już sobie pójdą. To tak nie działa. Nawet, kiedy się postaram...
I wiecie, ja się próbuję oswoić z myślą, że nie ma dla mnie człowieka. I nawet mogłabym z tym jakoś żyć, nie myśleć, być dla kogoś. Tylko zrozumcie, że opowiadaniem, jaka ta samotność jest straszna, nie pomożecie mi. Bo ja to wiem. I moje poduszki to wiedzą. I nie potrzebuję Tindera. Tylko człowieka z sercem. Który nie wyśmieje. Nie pogoni. I nie bedzie szukał leku na nieuleczalne, tylko powie mi prawdę, że leku nie ma. Ale że i tak warto. Żyć.
Nie potrzebuję złotych rad matrymonialnych. Nie, kiedy próbuję być najlepszą wersja siebie. Wiem, że chcecie pomóc. Ale tak się nie da. Mam się otworzyć? Serce na dłoni i najlepiej ciało?
A gdzie reszta? Nie można mieć innych planów? Czy to bardziej wam, czy mnie jest trudno zrozumieć, że miłość się czasem po prostu nie należy? Że nie wypada jak godzina w zegarku? Że to nie takie proste. Że oczywiście, że by człowiek chciał, ale nie mówcie mi, że mam wychodzić na spacer i codziennie jej szukać. Go. Oszukać?
Nie można komuś kazać starać się zmienić. A już w ogóle czegoś, na co on przecież wcale nie ma wpływu.
I choć tak bardzo lubię patrzeć na szczęście innych, a jeszcze bardziej się przy tym wzruszać, to nadal ciężko jest mi patrzeć. Na ten film, po tym, co od was słyszę. Bo wiem, że to nie koniec. A życie to nie bajka. Ja w głowie mam o wiele więcej obrazków. O wiele więcej.