chciałam tylko zgłosić
że śnieg topnieje
że znika magia
że noc za krótka
łzawy czas
choć sen
w sam raz.
chciałam tylko zgłosić
że śnieg topnieje
że znika magia
że noc za krótka
łzawy czas
choć sen
w sam raz.
Czasem mam wiersze
przed snem
ale kiedy się budzę
to już nie pamiętam.
Sny natomiast żywe. Wiecznie żywe. Takie, że można dotknąć i zjeść.
Zjeść strach albo
popatrzeć mu w oczy.
Tak jakby nic się zupełnie
nie stało.
Różne mam myśli. Przeplatają się jak te róże z kokardkami ususzone w wazonie. Lubię suszyć kwiaty. Jeszcze bardziej lubię świeżo cięte, ale generalnie podziwiam całokształt ich istnienia. Kolorowe płatki mają w sobie coś niezwykłego.
Chwilę się cieszę. Super przecież móc się takimi ''banałami'' pozachwycać. Super móc w jakimś stopniu kształtować swoją przestrzeń i kształcić. Czuję, że jakoś tam jestem potrzebna.
Ale to się krzyżuje z tym wszystkim smutnym, szarym i niewiadomym.
Ciekawe, czy wszechświat zdaje sobie z tego sprawę. Czy czuje ironię w tej ogromnej chęci życia, jaką człowiek posiada, zaraz obok niewyobrażalnie przytłaczającego lęku przed odejściem, zniknięciem.
Dlaczego ludzie nie zadają sobie trudu, żeby zakwestionować pewne rzeczy? Dlaczego przyjmują wszystko jak leci, nie filtrują dla własnego dobra, dla własnego życia? Taka już jest nasza psychika. I świat XXI wieku. Albo spisek, albo wylane. Tak. Musimy mieć jakieś mechanizmy obronne. Ale czy ludzie nie widzą, że te wszystkie nagonki, polityka, szarpanie się o nie wiadomo co, komentowanie cudzych spraw... To jest bez sensu. Czy nie widzą ironii, którą sam spowodował człowiek? Codzienność, sprzątanie, zakupy, gary. Nie wiem dokładnie, w którym momencie o tym dziś myślałam, ale to była któraś z tych czynności. Myślałam. Nie lubię robić czegoś z jakiejś potwornej, nudnej, osnutej narzekaniem konieczności. Wolę mimo wszystko nadać chociaż mały sens. Kiedy wykonuję tę prozę życia, tworzę swoje refleksje, pogrążam się w muzyce. Wtedy wiem, że nie jestem całkowicie zależna od tego, co zdaje się dla niektórych takim wyznacznikiem egzystowania. Jak tak obserwuję świat, to niektórzy chyba naprawdę żyją w ramach. Ze zmiętą listą obowiązków i oczekiwań innych ludzi. No tak. Trzeba będzie wyprasować. Umysł na codzienność wytresować.
Na tym polega życie, że robisz to wszystko. Nie można tylko myśleć i się zastanawiać nad każdym głupim szczegółem - ktoś powie. Oczywiście. Wiem, na czym polega życie - to codzienne. Nawet robię te rzeczy. Dziś - jak na cotygodniową rutynę przystało - dosyć solidnie. Dziękuję w tym momencie za weekend. Ale jestem też w takim momencie życia, że nie chcę bezrefleksyjnie, zwyczajnie przyjmować tego, co mnie otacza. Zwłaszcza, jeśli otacza mnie głównie to życie będące listą czy prozą, punkt po punkcie do zrealizowania.
Może to tylko lęk. Tylko i aż. Nikt nie wie, ile nam zostało czasu. Chwila. Chodzi o coś innego. Nikt nie wie, jak będzie wyglądał czas, kiedy ten tutaj nam się skończy. I to chyba jest tym zapalającym się z tyłu głowy światełkiem - co teraz się liczy, a co mnie czeka dalej? Dlaczego to są tak skrajne rzeczywistości. Mogłabym uwierzyć w zapewnienie o niebie, ale z zapewnianiem różnie bywa... Sama jestem człowiekiem i dobrze o tym wiem. W dodatku człowiekiem bez większych perspektyw, bo niczego już pewnym być nie można. A ja nie czekam na księcia ani na bajkę. Bajkę może i bym chciała przeżyć, ale życie boleśnie pokazuje, że to nie tu. To może potem? Hm. Może. Ale co z tego. Nadal nie wiem.
Wiem tylko, że jakoś ciężko się robi na myślach, kiedy się dowiaduję, że odchodzą kolejne osoby. Które pamiętam jako kochane, mądre. Nauczyciele umierają. Jakoś nie potrafię do końca pojąć. Co z nimi teraz? Chciałabym, żeby byli w jakimś naprawdę happy place. Ale mogę tylko zgadywać. Ironia. Bo tak człowiek żyje, jakby był pewien wszystkiego, każdej kolejnej chwili, tego, co powinien zrobić albo nie. Prawdziwy Polak tak żyje. Ma zapewnienie o niebie i to wystarcza. Ma swoją szarą codzienność i to wystarcza. Do czasu.
Czy tylko ja mam mętlik, strach przed przyszłością i niedowierzanie?
A może tak zwyczajnie dotkliwe jest to życie, dlatego bardzo nie chce się umierać? Dlaczego boimy się umierania, kiedy przecież żyjemy? I kto nas tak zaprogramował? W obliczu tego dzisiejszego świata już naprawdę nic nie jest pewne. Ciężko mi przyjąć jakiekolwiek zapewnienia. Za dużo ich było.
Dziecko to matrix. Ponad setka dzieci jeszcze większy. Chciałabym trochę bardziej rozumieć świat, ale chyba o to chodzi, żeby była jakaś tajemnica i niezrozumienie. Gdyby wszystko było jasne, to jaki życie miałoby sens? Odliczyć od jednego do końca? Odhaczyć zadania? Pierwszy pocałunek, pierwszy ślub, pierwszy lot samolotem, pierwsze dziecko... I tyle? Może o to chodzi, że nie każdy działa po kolei. Nie każdy ma swoje pierwsze razy.
Im bardziej chcę żyć, tym jest dziwniej i czuję się jak w bardzo długim, ale skończonym korytarzu. Czuję, jakby nie było nic oprócz tego korytarza. Inni mają swoje labirynty złożone z kredytów, domów z garażami, tras do pracy i z powrotem. Ja mam inaczej. Jestem ja i coraz krótsza droga. Jakbym coś przegapiła, jakby coś mnie przegapiło. Jakby sens.
To dziwne, że można mieć styczność z setkami ludzi. Z dziesiątkami dzieci. Widzieć uśmiechy, śmiać się. Cieszyć. To dziwne, że dzień może tak bardzo różnić się od nocy. Pod względem siły. I znowu. Zaraz wstanie(sz). Już nie trzeba będzie walczyć resztkami.
Końce, początki... Denerwują mnie te granice. Nie są nikomu potrzebne. Nie lepiej, kiedy coś jest ważne lub mniej ważne? Bliżej lub dalej? Gdzie to wszystko, gdzie teraz jestem? A ty?
Szukam sensu. Jak zwykle. Nie ma znaczenia, czy się boję. Czy strach ma oczy, czy udaje, że nie widzi. Life goes on. Z naszymi lękami, trudnymi sprawami, ukrytymi. Stratami. Prawdami? Na kartach bardziej odległych zapisałam chyba wszystkie tamte lęki. Teraz zapisuję je w sercu, więc czasem coś mnie w nim uwiera. Czasem jestem silna, czasem mniej. Nie rozpaczam nad końcami ani nad początkami. (Nie otwarcie.) Cieszę się z dobrych rzeczy, a te gorsze mają to do siebie, że pozwalają potem znowu na zaistnienie dobrych. Albo rozdzierają. I uzupełniają się. Uzupełnij więc, gdy czegoś ci brakuje. Dolej oliwy do ognia. Dołóż drewna. Złap się za rękę. Dodaj soli i cukru do fasoli. Fioletowa zmienia się w zieloną - gdyby zieleni było ci trzeba.Wszystko ma swój ukryty sens. Ja też go mam. Tylko nie do końca go odkryłam. Jest w połowie spełniony. Bo przecież nie spełniam wymagań mojej rodziny, tego kraju, a przynajmniej sporej jego części. Może wystarczy, jeśli spełnię swoje? Może nie potrzeba mi kolejnej rewolucji?
Zbliża się etap, który może zmienić wszystko. Który mnie zmieni. Znów. Już teraz to wiem. Przydałoby się trochę mniej stresu. Ale nie jest źle. Morze szumi, klif jest uroczy i obrośnięty zielenią jak fasola, którą dziś gotowałam. Nie wiem, czy lubię dzieci, ale dzieci chyba lubią mnie. Czasem rozumiem ich perspektywę. Domek na drzewie jest znacznie lepszą alternatywą dla szkoły. Ale... zawsze można sobie wyobrazić. Uzupełnić wszystkie braki. Napalić w piecu/sercu. W chłodne dni dać im ciepło.
Różowe słuchawki działają trochę jak różowe okulary. Jadę na rowerze, a na asfalcie serca. Może trochę mniej stresu? Przydałoby się.
Lubię moje nowe słuchawki. Lubię eksperymenty. Nie lubię się nie zmieniać. Armagedon emocjonalny i tak zostanie. I tak nieraz się potknę o własne serce - prawdziwe, nienamalowane. I tak nieraz będę szukać sensu w przepaści, którą sobie upodobałam. I tak jeszcze nieraz przepadnę. Potknę się o człowieka z filmu. Może nawet różowego jak słuchawki. Ale z prawdziwym sercem. W końcu tylko historie są namalowane. Oczy, usta, głos - istnieją naprawdę.
Wszędzie widzę brzuchy. Brzuchy i dzieci. Jest coś dziwnego w tym, że muszę oglądać wypukłość z człowiekiem w środku i linię, którą jego istnienie narysowało. Że muszę oglądać. Kilka razy dziennie. Nawet, jeśli kiedyś sama zostałabym matką, w co wątpię, to nie chciałabym obnażać brzucha w celu pokazywania ruchów. Bo - po pierwsze - nie dla każdego musi to być zachwycający widok, a po drugie - to jeszcze bardziej dokopuje tym, które matkami zostać nie mogą. Choćby chciały. Albo dla których nie jest to takie proste. To nie zawsze tęcze i motyle. Każdej mom-to-be jest czasem ciężko. Nie można tego porównać. Jest też kwestia zachowania pewnych rzeczy dla siebie - z czym nie każdy musi się zgodzić, bo przecież po co chować własne szczęście? Dlaczego się nie pochwalić? Dlaczego nie wszystkie się chwalą? No właśnie.
Jak się okazuje, można mieć problem z pewnymi rzeczami. Nawet tak bezdyskusyjnymi jak cud narodzin. A może to po prostu brak więzi i brak tak działa? Może z jednej strony jest mi przykro, więc zazdroszczę, a z drugiej... jakoś dobija mnie pokolenie instamatek. I tych małych ubranek, które się wszędzie walają. Czyli problem tkwi we mnie. W tym, co budzi we mnie dyskomfort. Bo przecież to nie takie proste zrobić sobie dziecko w pojedynkę, bez miłości. Bo to przecież krzywdzenie siebie i niczemu winnej istoty. Ryzyko braku szczęścia. Czy instamatki są szczęśliwe?
Zazdroszczę ludziom pięknych więzi. Rodzinnych, siostrzanych. Mam wrażenie, że w dzieciństwie jeszcze coś było. Później się zmyło. Nie chciała się ze mną bawić. Coś było ze mną nie tak. Było mi przykro. Nauczyłam się bawić sama.
Wyleczenie pewnych traum nie jest takie proste. Ty to wiesz. Ja to wiem. My to wiemy. Traumą może się stać jedno słowo. Jeden dotyk. Jeden brak. Słowa, kiedy najbardziej potrzebne. Snu, który ukoi.
Staram się. To nie takie proste. Na każdym kroku to słyszę. Każdy kolejny rok przypomina o poprzednim.
![]() |
| sieć |
![]() |
| list do siostry mojej babci, strona 1. |