piątek, 4 grudnia 2020

sprzeciw

chciałam tylko zgłosić 

że śnieg topnieje 

że znika magia 

że noc za krótka 

łzawy czas 

choć sen 

w sam raz.








sobota, 28 listopada 2020

czasem

Czasem mam wiersze

przed snem 

ale kiedy się budzę 

to już nie pamiętam.


Sny natomiast żywe. Wiecznie żywe. Takie, że można dotknąć i zjeść.

Zjeść strach albo

popatrzeć mu w oczy.

Tak jakby nic się zupełnie 

nie stało.











sobota, 7 listopada 2020

sory...

Różne mam myśli. Przeplatają się jak te róże z kokardkami ususzone w wazonie. Lubię suszyć kwiaty. Jeszcze bardziej lubię świeżo cięte, ale generalnie podziwiam całokształt ich istnienia. Kolorowe płatki mają w sobie coś niezwykłego. 

Chwilę się cieszę. Super przecież móc się takimi ''banałami'' pozachwycać. Super móc w jakimś stopniu kształtować swoją przestrzeń i kształcić. Czuję, że jakoś tam jestem potrzebna. 

Ale to się krzyżuje z tym wszystkim smutnym, szarym i niewiadomym.

Ciekawe, czy wszechświat zdaje sobie z tego sprawę. Czy czuje ironię w tej ogromnej chęci życia, jaką człowiek posiada, zaraz obok niewyobrażalnie przytłaczającego lęku przed odejściem, zniknięciem. 

Dlaczego ludzie nie zadają sobie trudu, żeby zakwestionować pewne rzeczy? Dlaczego przyjmują wszystko jak leci, nie filtrują dla własnego dobra, dla własnego życia? Taka już jest nasza psychika. I świat XXI wieku. Albo spisek, albo wylane. Tak. Musimy mieć jakieś mechanizmy obronne. Ale czy ludzie nie widzą, że te wszystkie nagonki, polityka, szarpanie się o nie wiadomo co, komentowanie cudzych spraw... To jest bez sensu. Czy nie widzą ironii, którą sam spowodował człowiek? Codzienność, sprzątanie, zakupy, gary. Nie wiem dokładnie, w którym momencie o tym dziś myślałam, ale to była któraś z tych czynności. Myślałam. Nie lubię robić czegoś z jakiejś potwornej, nudnej, osnutej narzekaniem konieczności. Wolę mimo wszystko nadać chociaż mały sens. Kiedy wykonuję tę prozę życia, tworzę swoje refleksje, pogrążam się w muzyce. Wtedy wiem, że nie jestem całkowicie zależna od tego, co zdaje się dla niektórych takim wyznacznikiem egzystowania. Jak tak obserwuję świat, to niektórzy chyba naprawdę żyją w ramach. Ze zmiętą listą obowiązków i oczekiwań innych ludzi. No tak. Trzeba będzie wyprasować. Umysł na codzienność wytresować.

Na tym polega życie, że robisz to wszystko. Nie można tylko myśleć i się zastanawiać nad każdym głupim szczegółem - ktoś powie. Oczywiście. Wiem, na czym polega życie - to codzienne. Nawet robię te rzeczy. Dziś - jak na cotygodniową rutynę przystało - dosyć solidnie. Dziękuję w tym momencie za weekend. Ale jestem też w takim momencie życia, że nie chcę bezrefleksyjnie, zwyczajnie przyjmować tego, co mnie otacza. Zwłaszcza, jeśli otacza mnie głównie to życie będące listą czy prozą, punkt po punkcie do zrealizowania. 

Może to tylko lęk. Tylko i aż. Nikt nie wie, ile nam zostało czasu. Chwila. Chodzi o coś innego. Nikt nie wie, jak będzie wyglądał czas, kiedy ten tutaj nam się skończy. I to chyba jest tym zapalającym się z tyłu głowy światełkiem - co teraz się liczy, a co mnie czeka dalej? Dlaczego to są tak skrajne rzeczywistości. Mogłabym uwierzyć w zapewnienie o niebie, ale z zapewnianiem różnie bywa... Sama jestem człowiekiem i dobrze o tym wiem. W dodatku człowiekiem bez większych perspektyw, bo niczego już pewnym być nie można. A ja nie czekam na księcia ani na bajkę. Bajkę może i bym chciała przeżyć, ale życie boleśnie pokazuje, że to nie tu. To może potem? Hm. Może. Ale co z tego. Nadal nie wiem.

Wiem tylko, że jakoś ciężko się robi na myślach, kiedy się dowiaduję, że odchodzą kolejne osoby. Które pamiętam jako kochane, mądre. Nauczyciele umierają. Jakoś nie potrafię do końca pojąć. Co z nimi teraz? Chciałabym, żeby byli w jakimś naprawdę happy place. Ale mogę tylko zgadywać. Ironia. Bo tak człowiek żyje, jakby był pewien wszystkiego, każdej kolejnej chwili, tego, co powinien zrobić albo nie. Prawdziwy Polak tak żyje. Ma zapewnienie o niebie i to wystarcza. Ma swoją szarą codzienność i to wystarcza. Do czasu.

Czy tylko ja mam mętlik, strach przed przyszłością i niedowierzanie?

A może tak zwyczajnie dotkliwe jest to życie, dlatego bardzo nie chce się umierać? Dlaczego boimy się umierania, kiedy przecież żyjemy? I kto nas tak zaprogramował? W obliczu tego dzisiejszego świata już naprawdę nic nie jest pewne. Ciężko mi przyjąć jakiekolwiek zapewnienia. Za dużo ich było.

 


wtorek, 29 września 2020

jakby sen(s)

Dziecko to matrix. Ponad setka dzieci jeszcze większy. Chciałabym trochę bardziej rozumieć świat, ale chyba o to chodzi, żeby była jakaś tajemnica i niezrozumienie. Gdyby wszystko było jasne, to jaki życie miałoby sens? Odliczyć od jednego do końca? Odhaczyć zadania? Pierwszy pocałunek, pierwszy ślub, pierwszy lot samolotem, pierwsze dziecko... I tyle? Może o to chodzi, że nie każdy działa po kolei. Nie każdy ma swoje pierwsze razy.

Im bardziej chcę żyć, tym jest dziwniej i czuję się jak w bardzo długim, ale skończonym korytarzu. Czuję, jakby nie było nic oprócz tego korytarza. Inni mają swoje labirynty złożone z kredytów, domów z garażami, tras do pracy i z powrotem. Ja mam inaczej. Jestem ja i coraz krótsza droga. Jakbym coś przegapiła, jakby coś mnie przegapiło. Jakby sens.




czwartek, 10 września 2020

dreams

To dziwne, że można mieć styczność z setkami ludzi. Z dziesiątkami dzieci. Widzieć uśmiechy, śmiać się. Cieszyć. To dziwne, że dzień może tak bardzo różnić się od nocy. Pod względem siły. I znowu. Zaraz wstanie(sz). Już nie trzeba będzie walczyć resztkami.

chwile. słabości

 Nie umiem w dotyk.

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

ten, w którym role się odwrócą

Końce, początki... Denerwują mnie te granice. Nie są nikomu potrzebne. Nie lepiej, kiedy coś jest ważne lub mniej ważne? Bliżej lub dalej? Gdzie to wszystko, gdzie teraz jestem? A ty?

Szukam sensu. Jak zwykle. Nie ma znaczenia, czy się boję. Czy strach ma oczy, czy udaje, że nie widzi. Life goes on. Z naszymi lękami, trudnymi sprawami, ukrytymi. Stratami. Prawdami? Na kartach bardziej odległych zapisałam chyba wszystkie tamte lęki. Teraz zapisuję je w sercu, więc czasem coś mnie w nim uwiera. Czasem jestem silna, czasem mniej. Nie rozpaczam nad końcami ani nad początkami. (Nie otwarcie.) Cieszę się z dobrych rzeczy, a te gorsze mają to do siebie, że pozwalają potem znowu na zaistnienie dobrych. Albo rozdzierają. I uzupełniają się. Uzupełnij więc, gdy czegoś ci brakuje. Dolej oliwy do ognia. Dołóż drewna. Złap się za rękę. Dodaj soli i cukru do fasoli. Fioletowa zmienia się w zieloną - gdyby zieleni było ci trzeba.Wszystko ma swój ukryty sens. Ja też go mam. Tylko nie do końca go odkryłam. Jest w połowie spełniony. Bo przecież nie spełniam wymagań mojej rodziny, tego kraju, a przynajmniej sporej jego części. Może wystarczy, jeśli spełnię swoje? Może nie potrzeba mi kolejnej rewolucji?

Zbliża się etap, który może zmienić wszystko. Który mnie zmieni. Znów. Już teraz to wiem. Przydałoby się trochę mniej stresu. Ale nie jest źle. Morze szumi, klif jest uroczy i obrośnięty zielenią jak fasola, którą dziś gotowałam. Nie wiem, czy lubię dzieci, ale dzieci chyba lubią mnie. Czasem rozumiem ich perspektywę. Domek na drzewie jest znacznie lepszą alternatywą dla szkoły. Ale... zawsze można sobie wyobrazić. Uzupełnić wszystkie braki. Napalić w piecu/sercu. W chłodne dni dać im ciepło.




piątek, 28 sierpnia 2020

NieboSkłonna: rzeczywistość. koszmar. na jawie.

NieboSkłonna: rzeczywistość. koszmar. na jawie.: Masz nadzieję, że w końcu się obudzisz. Że minie ten ból, od którego toniesz, że znajdziesz wyjście.   Ale każda nadzieja czasem słabnie...

środa, 26 sierpnia 2020

Różowe słuchawki

Różowe słuchawki działają trochę jak różowe okulary. Jadę na rowerze, a na asfalcie serca. Może trochę mniej stresu? Przydałoby się.

Lubię moje nowe słuchawki. Lubię eksperymenty. Nie lubię się nie zmieniać. Armagedon emocjonalny i tak zostanie. I tak nieraz się potknę o własne serce - prawdziwe, nienamalowane. I tak nieraz będę szukać sensu w przepaści, którą sobie upodobałam. I tak jeszcze nieraz przepadnę. Potknę się o człowieka z filmu. Może nawet różowego jak słuchawki. Ale z prawdziwym sercem. W końcu tylko historie są namalowane. Oczy, usta, głos - istnieją naprawdę.



czwartek, 20 sierpnia 2020

Jest coś dziwnego. Na kolanie

Wszędzie widzę brzuchy. Brzuchy i dzieci. Jest coś dziwnego w tym, że muszę oglądać wypukłość z człowiekiem w środku i linię, którą jego istnienie narysowało. Że muszę oglądać. Kilka razy dziennie. Nawet, jeśli kiedyś sama zostałabym matką, w co wątpię, to nie chciałabym obnażać brzucha w celu pokazywania ruchów. Bo - po pierwsze - nie dla każdego musi to być zachwycający widok, a po drugie - to jeszcze bardziej dokopuje tym, które matkami zostać nie mogą. Choćby chciały. Albo dla których nie jest to takie proste. To nie zawsze tęcze i motyle. Każdej mom-to-be jest czasem ciężko. Nie można tego porównać. Jest też kwestia zachowania pewnych rzeczy dla siebie - z czym nie każdy musi się zgodzić, bo przecież po co chować własne szczęście? Dlaczego się nie pochwalić? Dlaczego nie wszystkie się chwalą? No właśnie.

Jak się okazuje, można mieć problem z pewnymi rzeczami. Nawet tak bezdyskusyjnymi jak cud narodzin. A może to po prostu brak więzi i brak tak działa? Może z jednej strony jest mi przykro, więc zazdroszczę, a z drugiej... jakoś dobija mnie pokolenie instamatek. I tych małych ubranek, które się wszędzie walają. Czyli problem tkwi we mnie. W tym, co budzi we mnie dyskomfort. Bo przecież to nie takie proste zrobić sobie dziecko w pojedynkę, bez miłości. Bo to przecież krzywdzenie siebie i niczemu winnej istoty. Ryzyko braku szczęścia. Czy instamatki są szczęśliwe? 

Zazdroszczę ludziom pięknych więzi. Rodzinnych, siostrzanych. Mam wrażenie, że w dzieciństwie jeszcze coś było. Później się zmyło. Nie chciała się ze mną bawić. Coś było ze mną nie tak. Było mi przykro. Nauczyłam się bawić sama.

Wyleczenie pewnych traum nie jest takie proste. Ty to wiesz. Ja to wiem. My to wiemy. Traumą może się stać jedno słowo. Jeden dotyk. Jeden brak. Słowa, kiedy najbardziej potrzebne. Snu, który ukoi.

Staram się. To nie takie proste. Na każdym kroku to słyszę. Każdy kolejny rok przypomina o poprzednim.


środa, 29 lipca 2020

na przekór. z zasady

Nie byłabym sobą, gdyby nie piosenka tematyczna. Niby przypadkiem poleciała w głośniku. Ale są tacy, którzy powiedzą, że przypadków nie ma. Co powiem ja? 
Myślę, że jednak wszystko to zbiór przypadków. Przecież nie może istnieć jeden wielki scenariusz na miliardy żyć. Nie może być tak, że coś musi być. Że zawsze wszystko będzie dążyło do tego, co przeznaczone. Przecież to śmieszne. Człowiek może co najwyżej jakoś podświadomie pewne rzeczy wyłapywać, przywoływać. Nie bez przyczyny mówi się, że jak się próbuje o czymś nie myśleć, to myśli się tylko o tym. A ja nie chcę myśleć o myśleniu.




Pod tym względem ostatnio spacery trochę utrudniają życie. Człowiek tylko myśli i myśli. O wszystkim. O tym, że drzewo może się zdawać większe od lasu. Kwestia perspektywy. Ludzie też czasem za bardzo się jednej rzeczy przyglądają. A tam dalej może być właśnie cały las podobnych drzew. Normalny człowiek skupi się na tych pozostałych, tych tam w lesie. Będzie spokojny, wiedząc, że jest więcej drzew, poza tym jednym. A co zrobię ja? Ja będę przeżywać to jedno, które sobie akurat upodobałam, a jak już je stracę, to będę w tym lesie szukać takiego samego, jak tamto. To, przy którym las był ledwie dostrzegalny. Po czym zdam sobie sprawę, że to nie tylko o drzewo chodziło. Ale o wszystko z nim związane. I to się tak będzie zapętlało. I generalnie jak to z drzewami bywa - jedno podobne do drugiego, więc tamto będzie złudnie przypominane przez każde kolejne.
...
Dlatego właśnie unikam spacerów i zastanawiania się. Dlatego wolę nie pisać. Bo coś dziwnego z tego pisania wychodzi. Nawet, kiedy chcę napisać o zwykłej głupocie. 

sobota, 16 maja 2020

Rachunek s(tł)umienia

Czasem nienawidzę. Być kobietą. Bo...
1. Składam się z emocji (i zmian hormonalnych). 
2. Nie interesują mnie mężczyźni.
3. Nie lubię chamstwa i szowinizmu.
4. Nie chcę brać udziału w konkursie osiągnięć, ciąż, idealnych kur domowych, bo: patrz pkt. 2. i 3. I nikt nie potrafi tak dowalić kobiecie, jak kobieta. 
5. Ciężko jest być tym, kim jestem, w takim kraju i w "tradycyjnej" rodzinie, skoro: 1,2,3,4. 
6. Pkt. 2. A oni ciągle każą mi się nauczyć, chcieć. Nie. 
7. Nawet się do tego wszystkiego nadaję. Mam nawet dużo ciepła w sobie. Ale nie w takiej konfiguracji. Nie wśród ludzi, którzy potrafią jedynie rozmawiać o niczym ważnym. Nie o tym, co się dzieje wokół nas, w naszym kraju. Że Polacy nie mają za grosz tolerancji i są z tego dumni. Że jedyna kobieta startująca w wyborach zrezygnowała. Że w ogóle to nie ma już tu miejsca ani atmosfery dla marzeń, wolności. Że kredyt z tyłu głowy na wieczność. Lubią za to rozmawiać o pierdołach, których do grobu, nieba nie zabierzesz. Które nawet tu na ziemi są mało istotne. O tzw. życiu sąsiada. O tym, że na wieczór pełen atrakcji o imieniu wódka - ten tego nie zaprosił, a ten tego tak, więc jak tak w ogóle można. Że chrzciny mają być duże i hucznie opijane. (A może by tak dać temu dziecku wybór? Wiara to nie impreza... Nie przyzwyczajenia ani tradycja. Religia to wmawianie ludziom piekła. To coś, czego istnienie można łatwo zanegować... i co może nas skrzywdzić. Zwłaszcza, kiedy wiara=religia.) I jeszcze o tym, że ktoś z kimś nie śpi w jednym łóżku. Że żyje razem ale osobno. I się z tego śmiać. Godzinami. 
8. Staram się jednak lubić siebie, nie być smutna (co brzmi co najmniej śmiesznie w obliczu tego wszystkiego), szukać plusów. Ale to coraz bardziej nie wygląda kolorowo. Choćbym usilnie, bez przerwy próbowała te kolory nadać - musiałabym uzupełniać farby do końca świata i jeszcze by mi się oberwało za tęczę. A to przecież takie piękne zjawisko... Niestety zrujnowane przez wojnę pod tytułem miłość. Miłość... jako ósmy grzech.

piątek, 15 maja 2020

ławka. sen drugi

chcesz usiąść na ławce
jest niebieska
dobrze
siedzimy

tobie jest zimno
ja muszę już iść
zdążyć na samolot
zanim odleci

mówię
zostawię ci koc
będę miała pretekst
żeby wrócić

milczysz
coś się zapala w twoich oczach
potem się dziwisz
że uciekam

nie dziw się
muszę choć nie chcę
muszę się obudzić

to tylko sen
sny po to są
żeby łudzić.

sieć


poniedziałek, 11 maja 2020

Nie mam

Nie mam kontroli. Nad wszystkim, co się dzieje, nad wieloma rzeczami.  

And that's ok.

*

Co, kiedy życie nam powszednieje, dołuje, umyka?

Niektórzy muszą iść na cmentarz, żeby poczuć, że naprawdę żyją. Może sama tak kiedyś robiłam. Można usłyszeć siebie. Można się wyciszyć. Albo po prostu - być. W końcu jednak zaczynasz unikać tej atmosfery, z tyłu głowy liczyć pozostałe potencjalne lata. Tak to chyba działa, w świadomości człowieka w tym bądź innym momencie pojawia się ta myśl. Dla niektórych śmieszne, bo jak się jest młodym, to przecież całe życie przed tobą... Ściślej mówiąc - jakaś jedna trzecia za tobą, statystycznie. Czasem więcej. Czasem mniej. A, że może właśnie mniej albo że to i tak mało - takie myśli potrafią uwięzić nawet największego optymistę. Do czasu przecież nic nie możemy mieć. On po prostu płynie, ludzie żyją podobnie, w sensie: podstawowe potrzeby się nie zmieniają. I to dociera do człowieka na kilka sposobów, jednym z nich może być to, że zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz, ile razy jeszcze spożyjesz ulubioną potrawę, założysz ulubione ciuchy, zobaczysz ulubionego człowieka. Może nawet wcale. Zaczynasz więc trzymać się kurczowo każdej chwili. Nie do końca zdrowe, ale przynajmniej doceniasz, nie chcesz zmarnować szansy. Niesie to za sobą różne konsekwencje, łatwo się na przykład zafiksować. Łatwo pogrążyć w smutku i czymś jeszcze. Albo stracić motywację - skoro wszystko płynie - co za różnica, czy ta kawa będzie ostatnia, skoro skończymy wszyscy i tak podobnie. I skoro nie ma wielkich przełomów jak w filmach.

Niektórzy wciąż dążą do bajkowych zwrotów akcji...

Można też zaakceptować to, że jest, co jest. Że nie jest idealnie, najczęściej nigdy nie będzie, a bajki to bajki. I to też okej. To chyba jeden z lepszych sposobów, taka afirmacja. Myśli o końcu będą powracać, ale w mniejszym natężeniu. Warunek jest taki, że trzeba to naprawdę poczuć i zrozumieć. Trochę więc jest tak, że masz świadomość, że co było, to nie wróci, ale to, co było, to zaprowadziło cię w tu i teraz, przynajmniej część z tego, no i taka jest ta kolej rzeczy. Nie zapanujemy nad wszystkim. Ważne, żeby wszystko nie zapanowało nad nami. Nie wszystko musi coś znaczyć. Choć lepiej, żeby to, co wysyłamy w świat - jednak znaczyło.

To trudniejsze, niż by się wydawało...

Czasem jest mi smutno, bo nie wiem, gdzie jest mój wielki cel. Bo nie widzę sensu w każdej najmniejszej sprawie, widzę tylko w niektórych. Widzę piękne miłości w serialach, widzę pasje w ludziach. I to doprowadza mnie nierzadko do mojej własnej - szewskiej, bo chciałabym zawsze widzieć sens, no i całą resztę też bym chciała. Ale hej, gdyby każdy miał mieć największe na świecie powołanie, to nikt by go nie miał. Byłoby mdło. A przecież potrafię się odnaleźć. Wiem, co mnie śmieszy, co jest dla mnie ważne. Wiem mniej więcej, co mogę mieć, a czego nie mogę. Wiem, że przyszłość coś może dla mnie mieć. Samym zastanawianiem się nic nie zmienię.

 Głowa czy serce?

Niektórzy mylą zasady z uczuciami, emocjami. Ja teraz staram się rozpoznawać i jedno, i drugie. Słuchać też serca, kiedy krzyczy. Ma przecież prawo. Samym myślom, bowiem, nie do końca należy wierzyć. A wrażenia bywają mylne. Jedne pozostają na wieczność, inne mijają. W pewnym momencie warto też zaakceptować, że to, w co kazano nam wierzyć, w co chcemy wierzyć bądź nawet wierzymy, po prostu prawdą nie jest. 

And that's ok, too.

niedziela, 10 maja 2020

PS jeszcze nie ma bzów

A mogło być tak pięknie.

ciepło-zimno. zabawa zwana życiem

Dzisiaj jest inne, bo lekko duszne i przez to osamotnione. Dzisiaj wspominam panią I., która we mnie uwierzyła i dała siłę. Dała słowa, które mogę przytulić na całe życie. W zasadzie wtedy nie do końca to wiedziałam, było to jedynie miłe i niespodziewane. Choć potrzebne. Mogę więc odtwarzać je w głowie. Bo przecież nawet, jeśli wydawały się nad wyraz, to i tak pamiętam. Każde. Jedno. Wiem, że były z serca. Tak czuję. I to wystarczy.

Pani I. przypominała mi babcię U. Mogło się to przyczynić do trochę właściwie mistycznego odbioru jej osoby. Ale czy każdy człowiek napotkany w zwykłej, niewymagającej wiele pracy, potrafi pisać wiersze, mówić mądrze, z finezją o wspomnieniach, z dojrzałością o całej reszcie, o godzinie 7 rano? I nie, nie było to absolutnie w tonie osoby ''wszystkowiedzącej''. Wiem, że miała problemy ze snem. Czasem spała 3 godziny. Czasem mniej. Z tęsknoty. Ale mimo to była niczym matka chrzestna z bajki. Dla mnie. Kto zalazł jej za skórę, nie dostąpił tego zaszczytu. Kto nie chciał zobaczyć jej dobrej aury, tego strata. Żałuję, że jest teraz w odległym mi miejscu i czasie. 

Wspominam też inne osoby. Panią B. zawsze uśmiechniętą i kochaną. Jej dobre słowa i wycieczkę na rowerze po owocowe piwo. Prozaicznie śmieszne, ale ważne. Wspominam tę, która wzięła mnie pod swoje skrzydła, zupełnie jakbym nie była wcale małą, zagubioną dziewczynką, którą tak często się czułam. Jest to wspomnienie wartościowe, bo wiem, że nawet się nie zastanawiała. Zupełnie, jakby wcale nie widziała we mnie takiego dziecka. Zupełnie. Na szczęście obie lubimy sarkazm. Może to wystarczyło, żeby znaleźć nić porozumienia.

Jak to jest, że osoby starsze często nie lubią przebywać z młodszymi, zwłaszcza w roli koleżanki, kogoś, z kim można pogadać? Traktują je jak swego rodzaju balast. Nie chodzi tu o kompleks. Ta tendencja do poczucia wyższości jest stała, a może nawet się zaostrza, bo przecież my urodzeni w latach 90. jesteśmy tylko pokoleniem internetowym. Kto dziś nie jest? Babcie i dziadkowie... Poza tym - miliony osób w różnym wieku. Dostrzegam ją więc wszędzie i z tego, co widzę, to niestety jest w nas jakaś wrogość - w ludziach. Nie wiem, skąd się bierze. Czy jest zakorzeniona głęboko, czy wynika tylko z przyzwyczajenia. Przecież wszyscy wiemy, że wiek nie równa się dojrzałość. Wiemy?

Przepaść pokoleniowa z pewnością istnieje - ale to nie tylko to. Coś nam nie pozwala traktować serio osób, które 20,30,40 i więcej lat temu miałyby już rodziny i co najmniej dwójkę dzieci. Może właśnie to, że ich nie mamy? Może... Skoro list sprzed 60 lat jest nadal spójny z rozumowaniem mojej rodziny. Skoro taki jest klucz do klatki, żeby krok w krok iść ich śladami. Siostra babci wyszła za Stefana, ale zmarła młodo. On niedługo potem. A ich córkę wszyscy znielubili, bo postanowiła wyjechać do Stanów. Na szczęście się odnalazła i czasem rozmawiamy.

list do siostry mojej babci, strona 1.
Dziwny to klimat, w którym trzeba podążać drogą wytyczoną przez praprapra...dziadków. W którym nie wolno być po prostu sobą, bo łatwiej żyć w jeden, określony sposób. Dla mnie może nie łatwiej, ale wiem, że prościej można by zdobyć akceptację, poczucie stałości, czegoś mniej ulotnego niż statki na niebie. Coraz częściej nawet wśród rówieśników. O Szekspirze nikt niestety nie chce rozmawiać... A szkoda. Lubię sonety. Lubię też silne kobiety, postaci Lucy, Hecate, Jane czy Reginy. I coraz częściej lubię uciekać tam, gdzie nie potrzebuję odpowiedzi. Bo niektóre miejsca są po to, żeby milczeć. 

młodzi przecież nic nie wiedzą
nie potrafią samodzielnie myśleć
są do wyszkolenia
w sztuce zwanej życiem
nikt nie pyta ich o zdanie

wtorek, 5 maja 2020

Wonderful Li(f)e

Nie wiem, co pisać. Umiem jeszcze? Może to już koniec? A może nie, skoro nie zawsze jest dobrze w mojej głowie? 

Wpuszczam powietrze przez okno. Nabieram w płuca. It's a wonderful, wonderful life - śpiewa Katie. A ja myślę, dlaczego najpierw nie wierzę, potem do mnie dociera, a później nie chcę wierzyć. Że tak szybko można zniknąć z tego świata. Że głos już nie zabrzmi (może tylko w wyobraźni). Że przed chwilą mogło być tyle światła, siły, śmiechu, śpiewu. Życia. You know it feels unfair - replay, pierwsza zwrotka. Staram się jakoś to uporządkować. Pani Doktor mówi, że będzie dobrze.

Nie wiem nawet, na co czekam. Czy na koniec, czy na początek. Nie wiem, którego się bardziej bać. Ale nie przeszkadza mi to. Wiem, że życie to składanka wyborów. Te, których nie mogę podjąć, nie należą do mnie. To w zasadzie zrozumiałe, dlatego raczej wolę wierzyć w serię losowych przypadków - jako wykładnik ludzkiej egzystencji. Każdy ma to, co oswoił, eh? Zmniejsza mi się liczba pytań, a to dobrze działa na serce. Nie kłuje jak te wszystkie niewiadome - co będzie, czego nie będzie, czy każdym kolejnym wyborem unieszczęśliwię innych? Dać sobie pokój. To podstawa.

Lepiej zacząć od pytań, na które można odpowiedzieć. Jeśli już. Co zrobisz, jeśli będzie tak, a co, jeżeli tak? W ten sposób dochodzę do wniosku, że jak wybór, to taki, który nie każe żyć wbrew sobie. Może być nietrafiony, jasne. Ale nie da się żyć, wiedząc, że coś, co robię, w czym uczestniczę, jest tak bardzo sprzeczne z tym, co noszę w środku, czego nie pochwalam. Nie da się. Nawet, gdy ktoś, coś nakazuje. Albo może zwłaszcza wtedy.

Wiesz, czego boję się najbardziej? Tego, czego nie umiem wypowiedzieć. Ale skoro nie umiem wypowiedzieć, to może dlatego, że nie powinnam. Dobrze by było oswoić pewne odczucia. Pozwolić im odejść. Albo być, żeby odeszły bez przymusu. To o to w tym wszystkim chodzi. Może. Żeby się działo w swoim własnym tempie. Żeby nazywać rzeczy po imieniu. Normalnie. Po ludzku. Przeżyć żałobę po śmierci koleżanki. Strach. Utratę. Beznadzieję. Przeżyć miłość dużą i małą. I każdy dreszcz na samo wspomnienie.

Trzeba się oswoić z życiem. Trzeba stawić czoła temu, co nagminnie wraca. Co bez powodu obezwładnia. Nie można ciągle walczyć z pierdołami. Choć są na każdym kroku - there's magic everywhere. Będą, bo takie jest życie. Ale wiem już, że potrafię. Wiem, że jestem silna. Wcale nie potrzebuję przytulenia, by żyć. Potrzebuję tego powietrza, nocnego chłodu. Nic tak bardzo nie uzależnia. No, może...

niedziela, 3 maja 2020


In Memoriam

Nie wiem, gdzie teraz jesteś. Ani gdzie to zostawić. Właściwie chyba obojętnie, gdzie. Bo gdziekolwiek jesteś, Kochana... Gdziekolwiek może być Twoje miejsce.

Pamięci M.

Byłaś pełna życia. Taka radosna, pozytywnie zakręcona. Pamiętam, jak szłyśmy za rękę do sklepu, żeby się nie przewrócić, kiedy było tak cholernie ślisko zimą. Jak na lodowisku... Pamiętam, bo to było późnym wieczorem. Może nawet w nocy. Szłyśmy po jakąś pierdołę. Potem była pizza. Pamiętam Twój uśmiech. I że zawsze mnie zachęcałaś do zabawy. Miałaś w sobie światło. Nie rezygnowałaś z człowieka. Spodobała Ci się tamta poezja, którą tak kochałam.

Byłaś młodą kobietą. Został po Tobie nagłówek w gazecie. Ale wiedz, że nie tylko. Bo nasza pamięć - ona nie zginie. Będziemy pić na Twoją cześć. Będziemy widzieć Twoje światło na niebie. Dedykować Ci pierwszą gwiazdkę. Słuchać Twoich piosenek. I wiem, że dopóki będziesz w nas - nie odejdziesz. 

Mam ogromną nadzieję dzisiaj. Że gdziekolwiek jesteś, jest Ci dobrze. Że coś tam dalej jest. 

I obiecuję Ci, że nie będę smutna.

niedziela, 26 kwietnia 2020

Help


Ta dziewczyna musi czuć coś niewyobrażalnego. Słychać to coraz bardziej pod koniec utworu. Ja ją rozumiem. Trochę. Ale to nie ma znaczenia, że ja tak. Chodzi o to, że świat nie.

Najłatwiej powiedzieć komuś, żeby się ogarnął. Żeby się leczył. Cholera. A może nie?

Czas jest dziwny. Czas średnio tu pasuje. Jakoś muszę określić tę przestrzeń, która rozciąga się od teraz do za późno. Od za późno do nigdy. Do kiedyś. 

Ciężko nam się żegnać z różnymi rzeczami.  Jedni teraz przeżywają, że nie mogą iść do galerii, innym brakuje jakiejś kawiarni, cukierni. Posiadówek. Podróży. Tak, wiadomo, że nam brakuje. Że nie chcemy się żegnać z życiem - wiadomo.  Cokolwiek to dla kogokolwiek znaczy. Nikt nie chce umierać... bo chce żyć. W rutynie, w tym zwyczajnym pędzie? Jakoś wcale nie myślę o tym. Myślę o przyszłości. O tej niewiadomej.

Ale co to tak naprawdę znaczy? Czy to nie jest miejsce na coś większego, głębszego... Nie wiem, jak to nazwać. Czy człowiek będzie tęsknił za kubkiem, ulubioną poduszką? Za jakimś wspomnieniem, miejscem, porą roku? Słońcem, księżycem, zapachem trawy? Co to będzie?

Ciężko nam się żegnać z ludźmi. Tego nie trzeba wyjaśniać. Ale tak często mówi się albo o przeżyciach, ich braku, albo że to żyć chcemy i z tym właśnie się żegnać nie chcemy. Tak. To pierwsza myśl, często jedyna. Ale... jak pożegnać się ze samym sobą? I dlaczego nikt o tym nie mówi? Dlaczego  niektórym wystarcza popiół? Może ja nie chcę się w nic obracać? Przecież nawet nie wiemy, ile nas w nas zostanie...

Żegnanie to sztuka. Nawet, jak mi się zdaje, że to zrobiłam, to potem dociera do mnie, że się nie zgadzam. Nie zgadzam się na to,  żeby już nie móc widzieć ani czuć. Na to, że wszyscy po kolei będą odchodzili w to piękne miejsce, na punkcie którego miałam kiedyś obsesję. Chcę, żeby tu byli. Żeby nigdzie nie znikali. 

Nie wiem, jak się modlić. Do tej siły, która wszystko może. Nie potrafię udawać świętej. Bo mam wrażenie, że teraz to jest ta scena. Bez kurtyny i dziwnych nakazów. Chciałabym więcej prawdy w prawdzie i świata w świecie. Siebie w sobie. I żeby mi ktoś odpowiedział, dlaczego. Dlaczego tak rzadko ktoś mówi nam, by kochać siebie. Przytulać siebie. Dlaczego trzeba to zrozumieć samemu. I dlaczego to zrozumienie tak często wcale nigdy do człowieka nie przychodzi.

I w spokoju, niepokoju, musi czekać na swoje katharsis...

czwartek, 9 kwietnia 2020

To nie ten czas. To coś więcej

Bardzo nie halo.
Jest to co teraz czuję.
Ale opowiadanie o tym nic nie zmieni.
Nie chcę mieć żalu
do nikogo.
Nie chcę być smutna. Nie wiem
o czym myśleć.
Może o złudzeniach bo mam ich kilka
na tym samym fotelu
który wyniosłam z domu
dziadków.
Może o miłości
bez
nadziei.
Nie będę rzucać na nią słów.
Wystarczy mi.
Wystarczy że przychodzi.
Może o tym wszystkim
co teraz ale nie tutaj
i dlatego to nawet nie jest wiersz
i nie ma sensu.
Jak życie
instant
rozmowy.
Jak jakiś sen.
Jak sen.

I brakuje mi listów
albo mejli.
Mejle są.
Ale rzadko
będzie dobrze. 

Można by napisać
na dłoni
na brzuchu
na czole.
Wyhaftować
na masce.
Nie zapomnieć.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

bo milczenie to coś więcej niż złoto

samotność to nie tylko puste łóżko
to w połowie pusta szklanka
obecność bez znaczenia
ucieczka donikąd

może to brak wiosny
zima od kilku miesięcy
a może to już koniec
i nigdy więcej nie zakwitną bzy

Pustka. Ostatnia prosta. Przydałoby się trochę nowej energii. Po co? Żeby nie przegapić życia na przykład. Smuci mnie mijanie setek nieznajomych ludzi. W sieci nieskończoność. Kiedyś to było fascynujące. Każdy miał swoje życie, ja też swoje miałam. Ale teraz już nie jestem pewna. Coś się kończy. Coś się kończy. Czasem nie mam już nawet ochoty opowiadać. A przecież chcę. Potrzebuję.

Przydałoby się trochę złotych rad od czasu, który wszystko wie i rozumie. Są rady od ludzi, którzy myślą, że rozumieją, albo że widzą. Że wiedzą lepiej. Ale to nie to samo. I nie można wszystkim wszystkiego mówić, pisać, nie można, żeby tego nie utracić, żeby coś dla nas zostało. Nie trzeba udowadniać, tłumaczyć. Z ludźmi to jednak loteria. Zdaje się, że niektórzy są nam bliżsi od czasu. Do czasu? 

Ostatecznie niewiele osób znajdzie się takich, które będą w stanie nas zrozumieć zamiast jedynie pouczać. Wiele będzie myślało, mówiło, że rozumie. Ale wiesz, jaki jest sekret: o tym się nie mówi, to się czuje. W odpowiednich proporcjach. Więc powtarzam sobie: Nie jesteś nikomu nic winna. Nie musisz na siłę rozmawiać, kiedy nie masz ochoty. Nie musisz zawsze czuć się dobrze. Możesz mieć ten rozpierdol w głowie, możesz mieć euforię, nikomu nic do tego. Nie masz obowiązku spowiedzi. Wyobrażaj sobie, co chcesz. Nikt nie ma dostępu do twoich myśli. Nikt cię nie rozszyfruje. 

Nie jesteś niewdzięczna. Doceniasz obecność. Jednak masz prawo nie czuć się komfortowo w obliczu czyjegoś zainteresowania. Nawet, kiedy uznajesz, że to miłe, że chcesz być miła. To proste. Zupełnie, jak kiedy zależy ci na czyjejś uwadze, a jej nie otrzymujesz. Nie musisz czuć się ze wszystkim dobrze. Bądź uprzejma, ale nie kosztem siebie. Nie mów wszystkiego. Nie podawaj ludziom klucza, którym wzgardzą. Wytatuuj go sobie. W miejscu, w którym nikt nie zauważy. Może ktoś kiedyś zapyta cię o ten klucz. Wtedy uśmiechniesz się do siebie.


niedziela, 26 stycznia 2020

all by myself

Świat czasem też płacze, kiedy spotyka utratę. Której nic już nigdy nie wypełni. Widząc, co ona czuje, czując, co wszyscy czujemy. Tak naprawdę wszyscy. Jesteśmy tylko ludźmi, chcemy być kochani i boimy się żyć dalej. Bez.

Nic w tym złego. Pomyślisz. Zapomnisz  na chwilę. Świat czasem też płacze. Świat albo to ja. All by myself.


Zupełnie sami. Skazani na pustą noc. Na dzień. Na życie.
I cokolwiek sobie powiedzą, to i tak nic tego nie zmieni. Nawet akceptacja. Po kolejny sen. Kiedy znowu zaczynają wierzyć. I budzą się. I nic.

środa, 22 stycznia 2020

więcej niż kwadrans


gdyby dzisiejsze szczęście
było szczęściem beztroskiego dziecka
czy nie bylibyśmy wszyscy w niebie

P      R      Z      E      P     A     Ś     Ć 


Lubię ludzi, którzy rozumieją i potrafią się zanurzyć w tej mgle wypełnionej po brzegi nostalgią. Zaśpiewać o dzikich plażach i złotym słońcu, rozmawiać o rodzinnych ogniskach na powietrzu, dziecięcych zabawach w błocie i  tym wszystkim, co bardziej wyraźne wstecz.
Lubię ludzi, którzy nie każą mi zapominać.  U których furtka do wewnętrznego dziecka jest zawsze otwarta lub przynajmniej nie jest zamknięta na klucz i przepleciona kolczastym drutem. A nawet jeśli by była, to nie po to, by ranić.
Lubię ludzi, których nie trzeba szukać po omacku, bo nie pozwolą się zgubić. Którzy opowiedzą o swoich koszmarach, potem przypomną sobie o ulubionym misiu z dzieciństwa i przy mnie odpłyną. Pozwolą mi czuwać. Nad raną. 
Lubię ludzi, którzy nie boją się zasypiać. Przy mnie. A jeśli się boją, to wypowiedzą to szeptem. I kiedy obudzą mnie krzykiem w nocy, z duszą na ramieniu będę uspokajać ich lęki, bo wiem jak. Bo mi ufają. Bo ufają sobie.
Lubię ludzi, z którymi cisza jest błoga, a jej brak nie do zastąpienia. Przy których nie trzeba ważyć każdego słowa, łzy, emocji. Którzy spróbują zrozumieć. Te złe wybaczą. Choć nigdy na siłę. Zawsze z serca.
Lubię ludzi, którzy nie boją się być naprawdę. I przy których ja też mogę naprawdę być. Bo lubię. 
Ludzi, których nie ma. 

poniedziałek, 20 stycznia 2020

ktoś nam dzisiaj wrzucił piosenkę






kiedy ktoś dobrze gra, to można mu zacząć współczuć
współczuję więc wszystkim z osobna
bo robią to dobrze
i trochę sobie
że nie umiem.

Nowy film z dzisiejszą datą. Nowy odcinek. Jakie to kurwa smutne.
Najgorszy dzień w roku prawie się skończył.
Jedna wielka bittersweet symphony.

To be continued

Nie śpię. Depresja to nie problem. Jestem dobra w/z depresji. Depresyjne refleksje, depresyjna muzyka, depresyjny temat. With a twist. 

Pani promotor pisze artykuły o porno. Wydają ją w książkach i wszędzie jej pełno. Ma tatuaże. I jest bardzo mądra. Ma swój styl. Ja piszę o kobietach. Mediach. Przekleństwach codzienności. Współczesności. Podobno też się nadaje. Na artykuł albo konferencję. Wszystko przed nami. Wszystko się zgadza. Kobiety mają przechlapane. Feminizm ma fale. Żyjemy w czwartej fali z czwartą władzą na czele. Nikt się nie słucha. Nikt nie chce czytać. Wszyscy patrzą na nasze nagie ciała, nikt nie myśli o nagiej duszy. A dusza przecież też marznie... 

I nie chodzi o to, żeby nie być. Trzeba być. Żeby żyć. I żeby móc coś zmienić. Musimy być dzielne. Bo musimy mówić. Myśleć. I zostawiać ślady. 


Nie śpię. Świat się na chwilę uspokoił. I chciałabym, żeby to trwało jak najdłużej. Ale czas płynie. I nie pozostawia złudzeń. Choć przecież.

Na siłę

Twoja dusza
jest jak dom.
Pełen dobrych świateł i
szczęśliwych ludzi. 
Tylko czasem
ktoś
te światła gasi.
Ale wiesz
zawsze można
z powrotem je
zapalić.

czwartek, 16 stycznia 2020

to

I really fucking get it.
To uczucie.
Chociaż o tej porze robi się trochę
słodko-gorzkie.
I trochę
smutne.
I trochę
bez sensu.

A mogłoby być tak pięknie...
Tylko czy lepiej, żeby było pięknie
czy prawdziwie? 

Czy lepiej sprawiać dobre wrażenie 
i mówić o tym, ile jest jeszcze do zrobienia?
Czy skupić się na tym, czego nigdy 
nie było
i nie będzie?
Na tym strachu, który jest. 
Przed tym, czego nie ma.
Co już dawno powinnaś była zrobić. (Tak mówią.)
Ale są te braki. Wybrakowania.
Tylko dla niektórych
(wybranych)
brak granic
słownych i 
cielesnych.
Które są trudniejsze
niż spacer po kanionie
po skałach
boso.
(Ukamieniowania boisz się mniej
niż tych wszystkich dłoni/rąk
niedopasowanych
do ciała.) 




Tak bardzo popieprzony ten świat. I ludzie. I my. Ale żyjemy.
Dopóki jeszcze można. Się porządnie złamać i milion razy podnieść. Nawet, jeśli nie wiesz, po co.
A to, co sobie wymarzysz, nie istnieje.
Albo jeśli nie chcesz robić sobie
nadziei
że istnieje.
Bo potem co?
Ludzie zawodzą
i są coraz mniej
prawdziwi.
Nawet wtedy.
Kiedy nie uciekasz.
I żyjesz dalej. 
I może być.
Są gorsze patologie
i lepsze
chwile.
Dziwnie uspokajające jest to 
że możesz się odseparować
od tego czego się boisz.
Że możesz sobie postanowić
że nikt cię po tyłku
nie zmaca
nie zbije
(choć nie zawsze).
Jeszcze dziwniej robi się wtedy
kiedy pomyślisz
że that's it.
To jest to 
życie.

Prawdziwego spokoju nie ma. Bo wczoraj czyjś alkohol popsuł ci wizję
rodziny.
Bo na końcu Looking for Alaska
za dużo się napłakałaś.

Więc dlaczego tak jest
że dla niej świat był czymś więcej
i dlaczego wtedy umarła? 

Gdzie się kończy przepaść?



Wszyscy mamy te piękne wyobrażenia...
Ale świat i tak da nam po tyłkach. 
Albo nie da nic. 
Coś da 
coś zabierze
i skończy się na tobie.
Każdy z nas jest swoim własnym końcem.
Czasem ktoś inny jest naszym końcem.
Więc zasadzie wszystko nam
wolno.

wtorek, 7 stycznia 2020

żałujemy. Bezsenności z bezsilności i największej siły


Żałujemy tego, co zrobiliśmy i czego nie. Żałujemy wszystkiego. I że ślady zostają. Niech zostają. Trzeba pamiętać. Co się zrobiło źle. A co było cudem. Inaczej zniknęłaby miłość z tego świata. Pamięć. Tęsknota. Inaczej zniknęłoby wszystko, co mam. Wszystko, czego się nie da naprawić. Bo najtrudniej jest wybaczyć sobie. Zapomnieć i zasnąć. Nie chcę zapominać. Chcę zasnąć.

I nie żałować już nigdy żadnych snów. I żeby ktoś mnie jeszcze kiedyś mocno przytulił.

Nowy rok. Nowa ja. Tylko przeszłość wciąż taka sama.

czwartek, 2 stycznia 2020

Od czasu. Do czasu

łatwiej pisać w nocy
kiedy cichnie świat
łatwiej się zakochać
w duszy

Świeży start. Dużo szampana. Przeszłość bardziej odległa. Kiedy myślę o tym, że tych granic jest tak wiele, mam ochotę zatrzymać czas, przyjrzeć się wszystkiemu z osobna. Jednak nieważne, jak bardzo bym chciała cokolwiek zmienić, to on tutaj wygrywa. Sam zmienia. Wybiera to, co, no właśnie, jakie... Lepsze, ważniejsze? Gdybym miała spersonifikować czas, ubrałabym go w Świętego Mikołaja w złotym kostiumie. Byłby uosobieniem mądrości, dobroci, ciepła i bogactwa duszy, które ukształtowały dojrzałość i doświadczenie. A wise, old man. Chcę wierzyć, że tak właśnie mógłby wyglądać. To, co zweryfikował spoglądając przez swoje okulary, musi więc być właściwe. Pamiętaj o pokorze: tylko przez pokorę można zbudować lepszy świat - powiedziałby czas. 

Czuję, że jestem o krok od czegoś, co jeszcze przyjdzie mi kiedyś zrozumieć. Czuję, że wiem więcej. Teraz. Im więcej jednak wiem, tym mniej. Podobno kto zrozumie sens, jaki się w tym zawiera, ma zadatki na naukowca. Podobno mam zadatki na naukowca... I w zasadzie mogłabym być naukowcem. Ale czuję też, że tak mało jeszcze wiem, że te dwadzieścia dwa lata to ciągle niewystarczająco, by napisać książkę, list do miłości czy do Boga. Nie chcę nic wymazywać ani ulepszać. Będę cierpliwie lub czasem mniej cierpliwie czekać. Uczyć się żyć z własną głupotą, z tym, że nie potrafię jej zrozumieć. Chcę nauczyć się żyć ze sobą. Karmić tym, co dobre. Wybaczać, kiedy marzycielstwo pokonuje rzeczywistość. Przytulać swoje wewnętrzne dziecko. I wymagać od siebie szczęścia, przede wszystkim. Zwłaszcza, kiedy inni go ode mnie nie wymagają. Czasem przegrywać.

Patrzę na swoje ciało, układam na brzuchu dłonie, łącząc ze sobą palce wskazujące i kciuki. Takie symboliczne serce. Każda kobieta powinna je mieć gdzieś w sobie, żeby pamiętać, do czego jest zdolna. Że nic nie musi, wszystko może. Powinnyśmy znaleźć na to czas, posłuchać swojego ciała i wnętrza. Do naga. Lubię to katharsis, choć dopiero się go uczę. Ono jest potrzebne, pomaga ułożyć się w sobie i przychodzi wtedy, kiedy ma przyjść. Nie można go zaplanować. Ale można mu przeszkodzić. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi: bądź sobą, zapytałabym: kim?

Czasem nie wyrabiam, nie dogaduję się z rodziną. Wybuchają awantury i emocje. Muszę się spowiadać ze spowiedzi, z każdej podjętej decyzji. Częstotliwość tego sprawia, że czasem najpierw siebie przekonuję, że jestem dorosła. Że nikt za mnie nie pójdzie do piekła. Wiem już, że mogę się starać całe życie, żeby komuś dogodzić, ale to nie uczyni mnie szczęśliwszą. Nawet chęć naprawy czegoś nie ma takiej mocy. Dopiero, kiedy jest to odniesienie do samego siebie, kiedy wewnętrznie się z czymś zgadzam. I to działa w dwie strony: brak porozumienia uniemożliwia pełnię szczęścia. Żadne nawzajem tego nie zmieni. Z moją rodziną tak już jest. I nie mam na to wpływu. Choć czasem dobrze jest razem spędzić czas, to wiem, że nieporozumienia powrócą. Dlatego muszę pamiętać. Żeby przypadkiem znów z siebie nie zrezygnować za bardzo. Bo mogę kogoś kochać albo szanować, ale pewnych rzeczy nie jestem w stanie i nawet nie chcę zmienić. Już nie. Pewne rzeczy są tylko dla mnie. Noce są tylko dla mnie. Nawet, jeśli rozrywają serce.  

Z relacjami tak już jest. Coś czasem nie styka. Są różne światy, różne sposoby myślenia. Nie wiem, czy można to przeskoczyć, chyba nie. I choć chwilami oddałabym za to wszystko, co mam, to potem przypomina mi się, że chęci to za mało. Dziadek-czas musi się zgodzić. Doprowadzić do wspólnego mianownika: wewnętrzne dziecko, wewnętrzną głupotę, wewnętrzne serce. Inaczej dokonujesz wyboru między światem, w którym się urodziłaś, a światem, w którym widzisz dla siebie miejsce. Inaczej jest konflikt. Straszliwie zachwiane proporcje. I nie wiesz, o co walczyć. A kiedy wszystko się wali, zaczynasz rozumieć, że o siebie, wtedy dopiero reszta powoli się porządkuje. Wtedy kolejność czy bieg lat przestają mieć znaczenie. Czas tworzy mgłę, ale pozwala też zobaczyć coś poza nią. I znowu tęsknisz. Tym razem jednak wiesz, do czego i że masz do tego prawo. Od początku miałaś.

To będzie długa droga. Jeśli Dziadek-czas pozwoli. Jeśli tak, to może też pozwoli wrócić człowieka. Takiego, który ma serce. Może jeszcze się uda takiego znaleźć. Dopasowanego do duszy. Namacalnego. Już nawet bez miłości.