Wszędzie widzę brzuchy. Brzuchy i dzieci. Jest coś dziwnego w tym, że muszę oglądać wypukłość z człowiekiem w środku i linię, którą jego istnienie narysowało. Że muszę oglądać. Kilka razy dziennie. Nawet, jeśli kiedyś sama zostałabym matką, w co wątpię, to nie chciałabym obnażać brzucha w celu pokazywania ruchów. Bo - po pierwsze - nie dla każdego musi to być zachwycający widok, a po drugie - to jeszcze bardziej dokopuje tym, które matkami zostać nie mogą. Choćby chciały. Albo dla których nie jest to takie proste. To nie zawsze tęcze i motyle. Każdej mom-to-be jest czasem ciężko. Nie można tego porównać. Jest też kwestia zachowania pewnych rzeczy dla siebie - z czym nie każdy musi się zgodzić, bo przecież po co chować własne szczęście? Dlaczego się nie pochwalić? Dlaczego nie wszystkie się chwalą? No właśnie.
Jak się okazuje, można mieć problem z pewnymi rzeczami. Nawet tak bezdyskusyjnymi jak cud narodzin. A może to po prostu brak więzi i brak tak działa? Może z jednej strony jest mi przykro, więc zazdroszczę, a z drugiej... jakoś dobija mnie pokolenie instamatek. I tych małych ubranek, które się wszędzie walają. Czyli problem tkwi we mnie. W tym, co budzi we mnie dyskomfort. Bo przecież to nie takie proste zrobić sobie dziecko w pojedynkę, bez miłości. Bo to przecież krzywdzenie siebie i niczemu winnej istoty. Ryzyko braku szczęścia. Czy instamatki są szczęśliwe?
Zazdroszczę ludziom pięknych więzi. Rodzinnych, siostrzanych. Mam wrażenie, że w dzieciństwie jeszcze coś było. Później się zmyło. Nie chciała się ze mną bawić. Coś było ze mną nie tak. Było mi przykro. Nauczyłam się bawić sama.
Wyleczenie pewnych traum nie jest takie proste. Ty to wiesz. Ja to wiem. My to wiemy. Traumą może się stać jedno słowo. Jeden dotyk. Jeden brak. Słowa, kiedy najbardziej potrzebne. Snu, który ukoi.
Staram się. To nie takie proste. Na każdym kroku to słyszę. Każdy kolejny rok przypomina o poprzednim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz