Końce, początki... Denerwują mnie te granice. Nie są nikomu potrzebne. Nie lepiej, kiedy coś jest ważne lub mniej ważne? Bliżej lub dalej? Gdzie to wszystko, gdzie teraz jestem? A ty?
Szukam sensu. Jak zwykle. Nie ma znaczenia, czy się boję. Czy strach ma oczy, czy udaje, że nie widzi. Life goes on. Z naszymi lękami, trudnymi sprawami, ukrytymi. Stratami. Prawdami? Na kartach bardziej odległych zapisałam chyba wszystkie tamte lęki. Teraz zapisuję je w sercu, więc czasem coś mnie w nim uwiera. Czasem jestem silna, czasem mniej. Nie rozpaczam nad końcami ani nad początkami. (Nie otwarcie.) Cieszę się z dobrych rzeczy, a te gorsze mają to do siebie, że pozwalają potem znowu na zaistnienie dobrych. Albo rozdzierają. I uzupełniają się. Uzupełnij więc, gdy czegoś ci brakuje. Dolej oliwy do ognia. Dołóż drewna. Złap się za rękę. Dodaj soli i cukru do fasoli. Fioletowa zmienia się w zieloną - gdyby zieleni było ci trzeba.Wszystko ma swój ukryty sens. Ja też go mam. Tylko nie do końca go odkryłam. Jest w połowie spełniony. Bo przecież nie spełniam wymagań mojej rodziny, tego kraju, a przynajmniej sporej jego części. Może wystarczy, jeśli spełnię swoje? Może nie potrzeba mi kolejnej rewolucji?
Zbliża się etap, który może zmienić wszystko. Który mnie zmieni. Znów. Już teraz to wiem. Przydałoby się trochę mniej stresu. Ale nie jest źle. Morze szumi, klif jest uroczy i obrośnięty zielenią jak fasola, którą dziś gotowałam. Nie wiem, czy lubię dzieci, ale dzieci chyba lubią mnie. Czasem rozumiem ich perspektywę. Domek na drzewie jest znacznie lepszą alternatywą dla szkoły. Ale... zawsze można sobie wyobrazić. Uzupełnić wszystkie braki. Napalić w piecu/sercu. W chłodne dni dać im ciepło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz