wtorek, 5 maja 2020

Wonderful Li(f)e

Nie wiem, co pisać. Umiem jeszcze? Może to już koniec? A może nie, skoro nie zawsze jest dobrze w mojej głowie? 

Wpuszczam powietrze przez okno. Nabieram w płuca. It's a wonderful, wonderful life - śpiewa Katie. A ja myślę, dlaczego najpierw nie wierzę, potem do mnie dociera, a później nie chcę wierzyć. Że tak szybko można zniknąć z tego świata. Że głos już nie zabrzmi (może tylko w wyobraźni). Że przed chwilą mogło być tyle światła, siły, śmiechu, śpiewu. Życia. You know it feels unfair - replay, pierwsza zwrotka. Staram się jakoś to uporządkować. Pani Doktor mówi, że będzie dobrze.

Nie wiem nawet, na co czekam. Czy na koniec, czy na początek. Nie wiem, którego się bardziej bać. Ale nie przeszkadza mi to. Wiem, że życie to składanka wyborów. Te, których nie mogę podjąć, nie należą do mnie. To w zasadzie zrozumiałe, dlatego raczej wolę wierzyć w serię losowych przypadków - jako wykładnik ludzkiej egzystencji. Każdy ma to, co oswoił, eh? Zmniejsza mi się liczba pytań, a to dobrze działa na serce. Nie kłuje jak te wszystkie niewiadome - co będzie, czego nie będzie, czy każdym kolejnym wyborem unieszczęśliwię innych? Dać sobie pokój. To podstawa.

Lepiej zacząć od pytań, na które można odpowiedzieć. Jeśli już. Co zrobisz, jeśli będzie tak, a co, jeżeli tak? W ten sposób dochodzę do wniosku, że jak wybór, to taki, który nie każe żyć wbrew sobie. Może być nietrafiony, jasne. Ale nie da się żyć, wiedząc, że coś, co robię, w czym uczestniczę, jest tak bardzo sprzeczne z tym, co noszę w środku, czego nie pochwalam. Nie da się. Nawet, gdy ktoś, coś nakazuje. Albo może zwłaszcza wtedy.

Wiesz, czego boję się najbardziej? Tego, czego nie umiem wypowiedzieć. Ale skoro nie umiem wypowiedzieć, to może dlatego, że nie powinnam. Dobrze by było oswoić pewne odczucia. Pozwolić im odejść. Albo być, żeby odeszły bez przymusu. To o to w tym wszystkim chodzi. Może. Żeby się działo w swoim własnym tempie. Żeby nazywać rzeczy po imieniu. Normalnie. Po ludzku. Przeżyć żałobę po śmierci koleżanki. Strach. Utratę. Beznadzieję. Przeżyć miłość dużą i małą. I każdy dreszcz na samo wspomnienie.

Trzeba się oswoić z życiem. Trzeba stawić czoła temu, co nagminnie wraca. Co bez powodu obezwładnia. Nie można ciągle walczyć z pierdołami. Choć są na każdym kroku - there's magic everywhere. Będą, bo takie jest życie. Ale wiem już, że potrafię. Wiem, że jestem silna. Wcale nie potrzebuję przytulenia, by żyć. Potrzebuję tego powietrza, nocnego chłodu. Nic tak bardzo nie uzależnia. No, może...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz