And that's ok.
*
Co, kiedy życie nam powszednieje, dołuje, umyka?
Niektórzy muszą iść na cmentarz, żeby poczuć, że naprawdę żyją. Może sama tak kiedyś robiłam. Można usłyszeć siebie. Można się wyciszyć. Albo po prostu - być. W końcu jednak zaczynasz unikać tej atmosfery, z tyłu głowy liczyć pozostałe potencjalne lata. Tak to chyba działa, w świadomości człowieka w tym bądź innym momencie pojawia się ta myśl. Dla niektórych śmieszne, bo jak się jest młodym, to przecież całe życie przed tobą... Ściślej mówiąc - jakaś jedna trzecia za tobą, statystycznie. Czasem więcej. Czasem mniej. A, że może właśnie mniej albo że to i tak mało - takie myśli potrafią uwięzić nawet największego optymistę. Do czasu przecież nic nie możemy mieć. On po prostu płynie, ludzie żyją podobnie, w sensie: podstawowe potrzeby się nie zmieniają. I to dociera do człowieka na kilka sposobów, jednym z nich może być to, że zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz, ile razy jeszcze spożyjesz ulubioną potrawę, założysz ulubione ciuchy, zobaczysz ulubionego człowieka. Może nawet wcale. Zaczynasz więc trzymać się kurczowo każdej chwili. Nie do końca zdrowe, ale przynajmniej doceniasz, nie chcesz zmarnować szansy. Niesie to za sobą różne konsekwencje, łatwo się na przykład zafiksować. Łatwo pogrążyć w smutku i czymś jeszcze. Albo stracić motywację - skoro wszystko płynie - co za różnica, czy ta kawa będzie ostatnia, skoro skończymy wszyscy i tak podobnie. I skoro nie ma wielkich przełomów jak w filmach.
Niektórzy wciąż dążą do bajkowych zwrotów akcji...
Niektórzy wciąż dążą do bajkowych zwrotów akcji...
Można też zaakceptować to, że jest, co jest. Że nie jest idealnie, najczęściej nigdy nie będzie, a bajki to bajki. I to też okej. To chyba jeden z lepszych sposobów, taka afirmacja. Myśli o końcu będą powracać, ale w mniejszym natężeniu. Warunek jest taki, że trzeba to naprawdę poczuć i zrozumieć. Trochę więc jest tak, że masz świadomość, że co było, to nie wróci, ale to, co było, to zaprowadziło cię w tu i teraz, przynajmniej część z tego, no i taka jest ta kolej rzeczy. Nie zapanujemy nad wszystkim. Ważne, żeby wszystko nie zapanowało nad nami. Nie wszystko musi coś znaczyć. Choć lepiej, żeby to, co wysyłamy w świat - jednak znaczyło.
To trudniejsze, niż by się wydawało...
Czasem jest mi smutno, bo nie wiem, gdzie jest mój wielki cel. Bo nie widzę sensu w każdej najmniejszej sprawie, widzę tylko w niektórych. Widzę piękne miłości w serialach, widzę pasje w ludziach. I to doprowadza mnie nierzadko do mojej własnej - szewskiej, bo chciałabym zawsze widzieć sens, no i całą resztę też bym chciała. Ale hej, gdyby każdy miał mieć największe na świecie powołanie, to nikt by go nie miał. Byłoby mdło. A przecież potrafię się odnaleźć. Wiem, co mnie śmieszy, co jest dla mnie ważne. Wiem mniej więcej, co mogę mieć, a czego nie mogę. Wiem, że przyszłość coś może dla mnie mieć. Samym zastanawianiem się nic nie zmienię.
Głowa czy serce?
Głowa czy serce?
Niektórzy mylą zasady z uczuciami, emocjami. Ja teraz staram się rozpoznawać i jedno, i drugie. Słuchać też serca, kiedy krzyczy. Ma przecież prawo. Samym myślom, bowiem, nie do końca należy wierzyć. A wrażenia bywają mylne. Jedne pozostają na wieczność, inne mijają. W pewnym momencie warto też zaakceptować, że to, w co kazano nam wierzyć, w co chcemy wierzyć bądź nawet wierzymy, po prostu prawdą nie jest.
And that's ok, too.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz