Czasem nienawidzę. Być kobietą. Bo...
1. Składam się z emocji (i zmian hormonalnych).
2. Nie interesują mnie mężczyźni.
3. Nie lubię chamstwa i szowinizmu.
4. Nie chcę brać udziału w konkursie osiągnięć, ciąż, idealnych kur domowych, bo: patrz pkt. 2. i 3. I nikt nie potrafi tak dowalić kobiecie, jak kobieta.
5. Ciężko jest być tym, kim jestem, w takim kraju i w "tradycyjnej" rodzinie, skoro: 1,2,3,4.
6. Pkt. 2. A oni ciągle każą mi się nauczyć, chcieć. Nie.
7. Nawet się do tego wszystkiego nadaję. Mam nawet dużo ciepła w sobie. Ale nie w takiej konfiguracji. Nie wśród ludzi, którzy potrafią jedynie rozmawiać o niczym ważnym. Nie o tym, co się dzieje wokół nas, w naszym kraju. Że Polacy nie mają za grosz tolerancji i są z tego dumni. Że jedyna kobieta startująca w wyborach zrezygnowała. Że w ogóle to nie ma już tu miejsca ani atmosfery dla marzeń, wolności. Że kredyt z tyłu głowy na wieczność. Lubią za to rozmawiać o pierdołach, których do grobu, nieba nie zabierzesz. Które nawet tu na ziemi są mało istotne. O tzw. życiu sąsiada. O tym, że na wieczór pełen atrakcji o imieniu wódka - ten tego nie zaprosił, a ten tego tak, więc jak tak w ogóle można. Że chrzciny mają być duże i hucznie opijane. (A może by tak dać temu dziecku wybór? Wiara to nie impreza... Nie przyzwyczajenia ani tradycja. Religia to wmawianie ludziom piekła. To coś, czego istnienie można łatwo zanegować... i co może nas skrzywdzić. Zwłaszcza, kiedy wiara=religia.) I jeszcze o tym, że ktoś z kimś nie śpi w jednym łóżku. Że żyje razem ale osobno. I się z tego śmiać. Godzinami.
8. Staram się jednak lubić siebie, nie być smutna (co brzmi co najmniej śmiesznie w obliczu tego wszystkiego), szukać plusów. Ale to coraz bardziej nie wygląda kolorowo. Choćbym usilnie, bez przerwy próbowała te kolory nadać - musiałabym uzupełniać farby do końca świata i jeszcze by mi się oberwało za tęczę. A to przecież takie piękne zjawisko... Niestety zrujnowane przez wojnę pod tytułem miłość. Miłość... jako ósmy grzech.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz