Bardzo chciałabym zadedykować wszystkie wpisy mojego serca miłości spełnionej. Albo chociaż takiej, która jest... Która nigdzie się nie wybiera i sprawia tym samym, że budzę się w nocy i nie wierzę w swoje szczęście. Bo jest obok. Nie ucieka ani nie znika. A nawet, jeśli, to wraca. Bo jest silniejsza od strachu. Nie pozwala poczuć się niczym. Nikim. Bo próbuje z całego serca. Z serca do serca. Przepłynąć. Aby poczuć coś pięknego wbrew największym lękom. Połączyć choć na chwilę. Przylgnąć konkretnie, jeśli wieczności nie będzie jej dane przetrwać. A jeżeli ból po niej przeszyje kiedyś ciało i duszę, to tylko podkreśli wyjątkowe znaczenie. Choćby ten jeden ułamek, w którym wszystko było na swoim miejscu. Zwyczajnie.
Takie ułamki czasem są z człowiekiem do końca dni... To ten rodzaj wspomnień, który nigdy nie wygasa. Lepszy od tych, których nigdy nie było. Które przepełniają wszystkie sny. Bardzo chciałabym. Ale czasem człowiek wierzy za bardzo. Że coś mu się ziści. Budzi się któregoś dnia albo którejś nocy, podkurcza kolana i nie może wyjść z podziwu dla własnej wyobraźni. Dla pamięci.
Nie myślałam, że każda pieprzona czynność tak bardzo będzie mi przypominała. Czasem boję się dotknąć swoich włosów. Czasem wpatruję się w palce. Moje. Twoje. Odtwarzam to, co zostało. To wszystko, czemu podświadomie przypisałam największą wartość. Co nie chce za żadne skarby odkleić się ode mnie. Pomyliłaś się. Dotyk ma pamięć. Ja mam głupotę. Ktoś ma miłość.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz