środa, 22 stycznia 2020

więcej niż kwadrans


gdyby dzisiejsze szczęście
było szczęściem beztroskiego dziecka
czy nie bylibyśmy wszyscy w niebie

P      R      Z      E      P     A     Ś     Ć 


Lubię ludzi, którzy rozumieją i potrafią się zanurzyć w tej mgle wypełnionej po brzegi nostalgią. Zaśpiewać o dzikich plażach i złotym słońcu, rozmawiać o rodzinnych ogniskach na powietrzu, dziecięcych zabawach w błocie i  tym wszystkim, co bardziej wyraźne wstecz.
Lubię ludzi, którzy nie każą mi zapominać.  U których furtka do wewnętrznego dziecka jest zawsze otwarta lub przynajmniej nie jest zamknięta na klucz i przepleciona kolczastym drutem. A nawet jeśli by była, to nie po to, by ranić.
Lubię ludzi, których nie trzeba szukać po omacku, bo nie pozwolą się zgubić. Którzy opowiedzą o swoich koszmarach, potem przypomną sobie o ulubionym misiu z dzieciństwa i przy mnie odpłyną. Pozwolą mi czuwać. Nad raną. 
Lubię ludzi, którzy nie boją się zasypiać. Przy mnie. A jeśli się boją, to wypowiedzą to szeptem. I kiedy obudzą mnie krzykiem w nocy, z duszą na ramieniu będę uspokajać ich lęki, bo wiem jak. Bo mi ufają. Bo ufają sobie.
Lubię ludzi, z którymi cisza jest błoga, a jej brak nie do zastąpienia. Przy których nie trzeba ważyć każdego słowa, łzy, emocji. Którzy spróbują zrozumieć. Te złe wybaczą. Choć nigdy na siłę. Zawsze z serca.
Lubię ludzi, którzy nie boją się być naprawdę. I przy których ja też mogę naprawdę być. Bo lubię. 
Ludzi, których nie ma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz