To uczucie.
Chociaż o tej porze robi się trochę
słodko-gorzkie.
I trochę
smutne.
I trochę
bez sensu.
A mogłoby być tak pięknie...
Tylko czy lepiej, żeby było pięknie
czy prawdziwie?
Czy lepiej sprawiać dobre wrażenie
i mówić o tym, ile jest jeszcze do zrobienia?
Czy skupić się na tym, czego nigdy
nie było
i nie będzie?
Na tym strachu, który jest.
Przed tym, czego nie ma.
Co już dawno powinnaś była zrobić. (Tak mówią.)
Ale są te braki. Wybrakowania.
Tylko dla niektórych
(wybranych)
brak granic
słownych i
cielesnych.
Które są trudniejsze
niż spacer po kanionie
po skałach
boso.
(Ukamieniowania boisz się mniej
niż tych wszystkich dłoni/rąk
niedopasowanych
do ciała.)
Tak bardzo popieprzony ten świat. I ludzie. I my. Ale żyjemy.
Dopóki jeszcze można. Się porządnie złamać i milion razy podnieść. Nawet, jeśli nie wiesz, po co.
A to, co sobie wymarzysz, nie istnieje.
Albo jeśli nie chcesz robić sobie
nadziei
że istnieje.
Bo potem co?
Ludzie zawodzą
i są coraz mniej
prawdziwi.
Nawet wtedy.
Kiedy nie uciekasz.
I żyjesz dalej.
I może być.
Są gorsze patologie
i lepsze
chwile.
Dziwnie uspokajające jest to
że możesz się odseparować
od tego czego się boisz.
Że możesz sobie postanowić
że nikt cię po tyłku
nie zmaca
nie zbije
(choć nie zawsze).
Jeszcze dziwniej robi się wtedy
kiedy pomyślisz
że that's it.
To jest to
życie.
Prawdziwego spokoju nie ma. Bo wczoraj czyjś alkohol popsuł ci wizję
rodziny.
Bo na końcu Looking for Alaska
za dużo się napłakałaś.
Więc dlaczego tak jest
że dla niej świat był czymś więcej
i dlaczego wtedy umarła?
Gdzie się kończy przepaść?
Wszyscy mamy te piękne wyobrażenia...
Ale świat i tak da nam po tyłkach.
Albo nie da nic.
Coś da
coś zabierze
i skończy się na tobie.
Każdy z nas jest swoim własnym końcem.
Czasem ktoś inny jest naszym końcem.
Więc zasadzie wszystko nam
wolno.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz