wtorek, 23 lipca 2019

Cross my heart and hope to die.

na ludzi nie masz wpływu
masz tylko (na) siebie 

To bynajmniej nie jest wołanie o pomoc. Nie jest to depresja ani bunt. A już na pewno nic na pokaz. To tylko oznacza mówienie prawdy. I brzmi po prostu pięknie. Bo wolałabym umrzeć niż kłamać. Brzydzę się kłamstwem. Dlatego tak mnie to boli i dotyka. Dziś i zawsze. Dlatego wolę nie mówić wszystkiego niż kłamać.

Bo ludzie gadają. Za plecami. Bo czuję fałsz na odległość. Bo wiek nie ma znaczenia. Choć pani A. jest w wieku mamy. I ona ratuje mnie przed obłędem. Poprawia humor. Traktuje jak człowieka. Równego sobie. Pomaga znieść cały ten burdel. Panie M. (obie młodsze) już niekoniecznie. Chciałabym, żeby to było mylne przeczucie. Ale wiem na pewno. I to mi psuje krew. Tak samo jak tamto przeczucie, którego nie chciałam. I nadal pozbyć się nie mogę. Po prostu czuję i wiem, że z czucia nikomu nie muszę się tłumaczyć. Już nie. Nigdy. Chyba wolę samotnie przeklinać łzy niż przy kimś je tlumić. Wiedzieć, kogo chcę i nie móc. Móc i nie chcieć. Tak jest. Nieustannie. 

Przez chwilę pojawiło się we mnie to uczucie przykrości. Takie co najmniej, jak kiedy bardzo się na kimś zawiedziesz. Ale to jest inne. Bo sprawia, że nie lubię siebie. Że się na siebie wkurzam. Że nie jestem inna. Że jestem. Że kogoś wkurzam.

Że chcę żyć. Że podejmuję próbę.

Czasem wolałabym nie być. Bo świat jest dziki i brutalny. Bo nie można być po prostu miłym. Bo ludzie wpędzają w obłęd. Siebie samych. Ciebie. Mnie. Bo myślą, że wiedzą lepiej. Każdy może się pomylić. Ja się mylę, kiedy za mocno wierzę w ludzi. Czasem przydałby się ktoś, kto przywraca wiarę w wiarę. Czy ten ból to jest droga do Ciebie? 

Pani A. mówi, że nic tak nie wkurwia ludzi jak uśmiech. Dygresja. Ale to może mieć sens. Uśmiech to przecież lekarstwo. Nie? 

To z rzeczy najświeższych. Z rzeczy, które w jakiś sposób muszę wypowiedzieć. Wtedy odchodzi to, co ściska żołądek i gardło. Tego potrzebuję. Tu i teraz. Tu. 

Mam nadzieję. Wróciła. Jest powoli lepiej. Udar jest groźny. Ale ona jest silniejsza. Teraz. Więcej złych myśli nie pamiętam. Przerażenia serdecznie żałuję. I tego lęku, który każe wyczekiwać znaków. 

Była tu Kasia S. Ta od ruchomych piasków. Ma coś w sobie. Jakąś oazę spokoju. Ocean. Nazwała to aniołem. Kiedy szła na śniadanie i za każdym razem, kiedy wychodziła i wracała. Z czerwoną bluzą narzuconą na ramiona. Są ludzie, którzy w spojrzeniu mają coś wyjątkowego. Onieśmielającego. Ona ma. Ty też. Mało jest takich ludzi. Ludzi-magnesów. Czy kiedyś już Ci tego nie mówiłam?

Pojechałam rowerem na drugi koniec. Tam śpiewała. Był tłum ludzi, usiadłam na deskach. Naprzeciw sceny. Wszystko to mnie prosto w oczy i w serce. A śpiewała piękne rzeczy. Z angielskiej płyty. Gdybym miała to przetłumaczyć, to chyba byłoby coś z przeznaczeniem i niepoddawaniem się. Bo bardzo mnie uderzyło. Choć wcale nie chciałam tego w żaden sposób usłyszeć.

Więc - dlaczego? Pojechałam tam prosto z pracy, zupełnym przypadkiem. Dlaczego zaśpiewała akurat to?


You wouldn’t just believe in love

But you wanted love
So why d'you give up
My friend I want you to know
I feel your soothing soul

Kasia Stankiewicz - Soul

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz