Brak mi słów. I dobrych ludzi.
A zaczęło się od... No właśnie, czego?
Zaczęło się dobrze. Poranki zawsze są dobre. To później się psuje, a w nocy wy.wraca. Wszystko, czego brakuje. Albo czego nie ma. Raczej. To staje się uporczywe i człowiek aż sam siebie ma dosyć. Choć wcale nie. Ma dosyć chwili obecnej.
Jutro rano nie będzie dobrze. Ale za parę dni może już tak.
Dzisiaj ostatni raz widziałam panią I. Powiedziała coś tak miłego, że zabrakło mi słów. Ale naprawdę. Jak to się dzieje, że ktoś, kto nie powinien już mieć sił, ma ich aż nadto? Ma tyle, aby wszystkim użyczyć. Zawsze potrafi je w sobie znaleźć. Bez wyjątku. Jak to się dzieje, że człowiek, któremu niewiele brakuje, nie dzieli się dobrym słowem, a ktoś, kto jest ciężko chory i być może ostatnie chwile spędza w pracy, której nie kocha, daje tyle serca? Jak to się dzieje, że tych dobrych ludzi jest tak mało? Że prawdopodobnie nigdy już jej nie zobaczę?
Przypominała mi moją babcię. (Tę, której już nie ma, ale po której zostało mi trzecie imię.) Od pierwszej chwili. Wrażenie wielkoduszności, które w zasadzie się potwierdziło. Nietolerancja na głupotę i taki naprawdę mądry osąd. Przekazała mi kilka cennych rad. Na dłonie. W oczach miała coś ciepłego. (Później zaskoczyła mówiąc, że we mnie też to dostrzegła.) Pożyczyła mi książkę. Latarnię. Więcej nie umiem na razie powiedzieć. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie. Takich osób się nie zapomina. Tak, jak one nie zapominają wierszy, które napisały w podstawówce. Taka była pani I. Do ostatniej chwili. Do ostatniego 'cześć'.
Dygresja. Pani A. z kolei ma dobry sposób na tęsknotę. Nie przytula na pożegnanie. Tylko na powitanie. Tak jest lepiej. Tak mniej boli.
Bo ja zżywam się z ludźmi za bardzo. I jeszcze trochę jestem zbyt naiwna. Znaczy, chciałabym, aby było dobrze. Zawsze. Ale nie zawsze może być. Czasem też ktoś po prostu nie chce.
Wiesz, to oni tracą ciebie, nie ty ich. Bo to oni nie poznają ciebie. Tak naprawdę. Musisz się z tym pogodzić.
Ja wiem. Są te części mnie, których też wolałabym nie znać. Poza tym, nie umiem czytać ludzi. Kiedy tylko mówią, kiedy naprawdę coś myślą. I chciałabym mieć zawsze coś ciepłego w sobie. Dla każdego. Ale widocznie nie umiem. Ona umiała. Tylko, że ja jestem młoda, a ona nie. Młodych się nie traktuje poważnie. A teraz kolejna osoba odeszła. I nie doda mi sił, choć sama ma ich mniej. Choć kilka miesięcy temu zmarła miłość jej życia, do której nadal pisze listy. Tacy ludzie są potrzebni. To anioły. Nic im nie trzeba mówić. Sami wiedzą. Niech więc czynią cuda. W tej krainie i każdej innej.
Do snu. Do poduszki je przyłożyć. Do skóry. Jak teraz słowa. Dziś tak bardzo potrzebuję. Ale nie jesteśmy w stanie zawrócić każdej osoby. Nawet, jeśli żyje. Oddycha. Ma tatuaże, o których nic nie wiesz. Jedna z najważniejszych rzeczy, których nauczyło mnie odejście pani I.? Każdy musi sam chcieć. Nawet najmniejszą chęć można obudzić. Jeżeli tylko tam jest.
Nie powiem dziś tego, czego nie jestem w stanie. Trochę dlatego, że mam dosyć utraty. I tego, że ta rzeka się nie kończy. Ale też dziękuję. Za tę świadomość. Za to doświadczenie. Bo mogę się dzielić chociaż cząstką otrzymanej magii. Jej resztę zachowam dla siebie. Żeby się chciało chcieć...
![]() |
| Dla Ciebie. |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz