nie panuję nad tym
dokąd ucieka mój wzrok
nie panuję nad swoimi snami
bo w oczach i w snach
tam jest prawda
i tylko prawda nas może ocalić.
Wyobraź sobie, że idziesz przez centrum i widzisz ludzi. Każdy patrzy tak przenikająco. A ty masz obok siebie faceta, ale po prostu spędzasz czas. I tak nie umiesz nic więcej, przecież wiesz, że na samą myśl robi ci się niedobrze. Idziesz więc. Starasz się na tym nie skupiać. Nie ma sensu przecież kategoryzować... Tak myślisz. Ale świat jak widać nie. Bo ludzie zakładają więcej niż maski. Zakładają to, co jest wbrew tobie. Niby więc jesteś sobą, nie robisz nikomu krzywdy, ale co z tego? To i tak jakaś klatka. I zaczynasz się czuć dziwnie. Potem nagle masz wrażenie, że one wszystkie widzą, co jest w tobie. Że tak naprawdę wcale nie wolisz jego towarzystwa. Bo każdy od razu zakłada źle. Ale to jest tylko w tych spojrzeniach. Coś, co nie jest prawdą. Dla ciebie. Bo coś tu jest nie tak. I czasem nie wiesz, czy to tylko sen, czy to już się dzieje realnie.
Co ze sobą zrobić? Opierasz się wciąż tej klatce, domowej spowiedzi, życiu tak bardzo w ramach, a tak mało poza nimi... Ale jakoś nadal w niej tkwisz. Próbujesz rozmawiać, ale w odpowiedzi tylko słyszysz, jak bardzo ich zawodzisz tym wszystkim, co związane z twoim sercem, z twoim czuciem. Że musisz zmienić myślenie. Be straight. Wyprostuj się. Zorientuj na to, co "właściwe". Zdajesz sobie sprawę. Że mają rację? Nie. Że jej nie mają. I to wcale nie jest dla ciebie zaskoczeniem. Po prostu wiesz już. Że kiedyś będziesz musiała odejść. W ten nowy etap. W wolność absolutną. Zaczynasz na to czekać.
Nawet się nie zastanawiasz, czy się do czegoś zmuszać. Nie będę się zmuszać - myślisz. Ani nikogo. To w ogóle strasznie nieludzkie - zmuszanie. Do kochania, do niekochania. Do niczego to jest i robi z człowiekiem dziwne rzeczy. I powinno być zabronione. Ale idąc dalej... Nie wybrałaś tego, jaka jesteś. A im dłużej z tym żyjesz, tym bardziej się przekonujesz. I kiedy masz stawać w obronie czegoś, to już nie umiesz rezygnować z siebie. Muszę siebie obronić. I ciebie, i to wszystko, co jest przecież niewinne. Bo jest prawdą.
Jeśli ktoś czegoś nie widzi albo źle widzi, to trudno. Najważniejsze, żeby człowiek sam wiedział, jakich ludzi ma obok. Pomimo - w zasadzie masz rację. Tylko zdaje się, że to nikogo nie obchodzi. W twoim domu. W tym miejscu, gdzie powinno być bezpiecznie.
Doskonale wiesz, że to nie jest łatwa droga. I chyba dlatego ją wybierasz. Bo masz już dosyć. Tego dogłębnego poczucia niezrozumienia. Bo wiesz, że w tej materii lepsze jutro nie nadejdzie. Będzie to inne jutro, to wypieranie, jak gdyby nigdy nic... To tylko czasem jest czymś, co pomaga przetrwać. To nie może być całe życie...
Walczysz, ale coraz bardziej już nie chcesz walczyć. Bo tworzy się łańcuch, który prowadzi do jednej historii... Tej twojej. Przeszłej, teraźniejszej, przyszłej. Nie potrzebujesz tego. Zaczynasz już sama widzieć, co jest dla ciebie najlepsze. Tylko gdybyś nie musiała być w tym sama... To by się przydało. Ale dopiero teraz wiesz, że cokolwiek ktoś powie, to nie zmienia tego, jaka jesteś. Jeszcze niedawno, jeszcze wczoraj, jedno słowo potrafiło cię złamać. Teraz często też złamie. Ale nie sprawi, że uwierzysz.
I myślisz: Może kiedyś się uda. Mieć nadzieję. I nie stracić.
Ale wiesz, że to może nigdy nie nadejść? Wiesz. Mimo wszystko wybierasz siebie. Bo nikt nie wie, co nadejdzie. Bo nikt nie ma całkowitej kontroli.
Ale nie będziesz skakać z mostu. Prosto. Wiesz, że to by wcale nie pomogło. Będziesz z mostu mówić. I wiesz... Ktoś w ciebie w końcu uwierzy. Ktoś cię w końcu usłyszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz