Kiedy Ona nie ma siły wstać z kolan. W kościele. Kiedy ze łzami w oczach jej pomagam. Kiedy Ona ze łzami w oczach zapala znicze na cmentarzu. Kiedy znów w ciszy sprzątam dom. Kiedy mocno mnie przytula. Kiedy nikt nie rozumie. Kiedy sama nie rozumiem swoich łez. A potem dociera. Że odliczam w złą stronę czas. Że już za nią tęsknię. Że w dniu, w którym odszedł, robiłam dokładnie to samo. W tym samym domu. Sama. I znów jest brak. Brak wszystkiego. Brak atmosfery. Brak ciepła na koniec dnia. Na dobranoc.
I trochę już nie wiem, jak to wszystko pozbierać. Mam dosyć przepraszania. Za swój własny ból. Nie przepraszam. Czuję. Nie wiem, czy mnie też wolno.
Bo większą wartość ma praca i obowiązki, niż szczęście i miłość. I choć będę się starać, to i tak regularnie wszystko będzie się pieprzyło. Tak już jest. I tak już chyba będzie.
Bardzo chciałam, żeby było dobrze. Znów chyba za.
I nie wiem, co gorsze... mieć nadzieję, czy nic nie mieć.
I trochę już nie wiem, jak to wszystko pozbierać. Mam dosyć przepraszania. Za swój własny ból. Nie przepraszam. Czuję. Nie wiem, czy mnie też wolno.
Bo większą wartość ma praca i obowiązki, niż szczęście i miłość. I choć będę się starać, to i tak regularnie wszystko będzie się pieprzyło. Tak już jest. I tak już chyba będzie.
Bardzo chciałam, żeby było dobrze. Znów chyba za.
I nie wiem, co gorsze... mieć nadzieję, czy nic nie mieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz