niedziela, 15 grudnia 2019

Dlaczego


Myślę o całym świecie. O tym, co czuje. Ona, on, oni. Wszyscy. Że tam są i wracają może środkiem nocy. Płaczą. Śmieją się. Kłamią. Mogłabym skłamać...

Myślisz, że nie kłamie?

Ja myślę, że trochę musi.

Trochę trzeba kłamać, kiedy się kocha. Sobie, siebie i nie. Nie można tylko prawdą zabijać. Czas to pokazuje najlepiej. Albo najgorzej. Zależy.

Myślę, że kłamie.

Ten świat.

Każdy po trochu tam w środku. Kiedy wraca z imprezy nad ranem. I każdy wtedy trochę umiera.

Ktoś teraz. Setki dusz.

W tym momencie, teraz. W pustce. W braku dotyku. Następnego dnia udają, że wszystko dobrze...

I zastanawiam się. Po co? Albo... jak inaczej?

Gdzie jest to szczęście? Kto nam je odbiera? Jakoś nie wierzę, że my sami. Sami sobie... Nie wierzę w jedną drogę dla wszystkich. Trochę nie wierzę w świat. Że to się dzieje. Dawno, dawno temu tak nie było. Daleko, daleko stąd tak nie jest. Sami sobie. Szkodzimy? Dlaczego nikt nas nie uczy? Gdzie ci stróże... ? Niewidoczni. W tłumie.  Boją się wybić. Boją. Nie chcą. Wiedzą, czym to się kończy. Że przepaścią.

Ja właśnie chyba w takiej jestem. Za dużo myślę o ludziach z osobna.To ten czas... Świąt. Dopiero się do nich przykładam. Powoli. Czas ucieka. Ucieka. Jak miłość. A może jak się coś poznało, to nic już nie wróci do stanu sprzed?

Czasem nic jest lepsze. Nie wiedzieć. Nie czuć. Nie być. Nie wiem, czy wolę nic od wszystkiego. Wszystko to za dużo... Nie potrafiłabym. Nie wiem, czy umiałabym być szczęśliwa. Mając wszystko. I wiedząc, że można to stracić.

Nie wiem, co mam. Tak naprawdę. On się boi. Że straci.

Ona się nie boi. Bo nie wie, co ma.

Ludzie, zdejmijcie już te maski. Bo nie mogę patrzeć. Bo nic nie widzę, kiedy każdy udaje. Że jest tak super. Nic nie jest super. Nie widzimy świata. Patrzymy, ale nie widzimy.

Nie wiemy.

Ktoś kłamie. Każdego dnia nam w twarz. A my tego nie widzimy.

Obudź się.


Przejmować się? Czy nie? A można nie? Przecież ktoś wczoraj nie wrócił do domu. Ktoś teraz szuka. Jeszcze sensu. Wiem, że każdy musi dojść sam. Poczuć. Czasem pustkę. Czasem coś więcej. Odnaleźć w tym zakłamanym... Czym? Trochę to reality-show, ale przecież zakładając słuchawki czujesz się jak w teledysku. Albo w filmie. Niemym. Dla niektórych naprawdę obcym. Życie to nie film, nie? Ani teatr, ani bajka. Ale tragedia... już tak?

Dlaczego nie walka, czucie, tylko akurat tragedia albo dramat... Nie wiem, co oni wszyscy czują. Wiem, że kiedyś bardziej płakałam. Teraz, jak się wzruszam, to one tak powoli ciekną. Ale jak się pomyśli, że ten świat jest inkubatorem dla masy zagubionych... To nabiera jakiejś takiej ważności. Nie patosu, wcale nie. Tylko ta świadomość, że ktoś mógł nie być przytulony miesiąc, rok, lata. Świat niby ma leczyć, ratować, radować... A co się dzieje naprawdę? Naprawdę ucinają swoje ścieżki dzieci... Tam po drugiej stronie (globu) to naprawdę dzieci... I to się jeszcze teraz dzieje. Nie potrafię zrozumieć sensu takiej krzywdy. Ani tej siły. Która powstaje na ruinach. W piwnicach, niedopałkach. Niedotykach. Złych dotykach. 

Nie potrafię zrozumieć raka. I tego, że niektórzy mają takie smutne święta. Takie smutne...

Dasz radę, Aniołku.

Gdzie gromadzimy lęki?

Dokąd idziemy, kiedy zasypiamy?

Dlaczego nie można wszystkich uratować?

Kiedyś się dowiemy. Chciałabym, żeby tak było. Bo teraz to jest plątanina, spójność-niespójność. I tak w kółko. Smutny i piękny. Tak się zatacza. Tak się toczy świat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz